Sierpień 27 2010

Łzy tanio sprzedam

Taggi : , , , , , , ,

lza 2Kończą się wakacje, czas powrócić do pisania. Tematów nie brakuje, choć kiedyś okres urlopowy był nazywany ogórkowym. Niestety, nie w tym roku. Oba nasze brukowce (Fakt i Superak) solidarnie poszły na całość w ostatecznej rozprawie z prawdziwym dziennikarstwem. Doszlusował TVN, potwierdzając swoją opinię tabloidu wśród telewizji.

Chodzi o tragedię z Bytomia. Siedmioletni Pawełek zostaje rażony prądem, płynącym przez ogrodzenie okalające plac zabaw. Piszą i mówią o tym wszyscy. Nic dziwnego – sprawa jest bulwersująca. W grę wchodzi albo niedbałość, albo celowe działanie robotników z pobliskiej budowy. Sprawa nie podlega dyskusji – o tym trzeba pisać. To leży w interesie społecznym. Trzeba ostrzegać, aby już nigdy nigdzie do takiej tragedii nie doszło.

Dla Super Expressu i Faktu (TVN zresztą też) taka misja społeczna to stanowczo za mało. Trzeba porazić Czytelnika, trzeba jemu sprzedać cały ogrom emocji. Oba tabloidy decydują się na rzecz straszną – publikują zdjęcia zrozpaczonego ojca, który tuli do piersi martwego synka. To samo pokazuje TVN. Dziennikarz telewizyjny pokazywany jest w reportażu, jak z pełnym poświęceniem próbuje dotrzeć do matki chłopca. Zatrzymuje go babcia mówiąc, że u mamy Pawełka jest w tej chwili psycholog.

Jakie pytanie chciał zadać dziennikarz TVN matce Pawła? Proponuję następujące warianty: „czy bardzo bolało, kiedy usłyszała Pani o śmierci syna?”, „Czy zapłakała Pani i zemdlała na tę wiadomość?”, ‘czy mogłaby Pani opowiedzieć naszym widzom o Swoim cierpieniu?”, ‘czy Bóg się odwrócił od Pani i Pawełka?”. Arsenał takich pytań jest zapewne spory.

O czym myślał fotoreporter strzelający fotkę zrozpaczonemu ojcu z martwym synem w ramionach? O premii, którą dostanie za to unikalne ujęcie? O tym, że jest świetnym fachowcem, skoro dotarł na czas? O tym, co sobie kupi za większą w tym miesiącu wypłatę?

O czym myśleli wydawcy, dopuszczając takie materiały do publikacji? O tym, że nic tak nie ożywia ‘jedynki”, jak świeży trup? O tym, że foto sprawił się dobrze i Czytelnicy będą mieli wspaniałą ucztę z rozedrganych emocji? Że ten numer gazety trzeba puścić w zwiększonym nakładzie? Że ten materiał na wizji zwiększy oglądalność?

Jak zareagowali Czytelnicy wspomnianych brukowców? Pod zdjęciami kilkadziesiąt komentarzy, domagających się usunięcia fotek. Określenia „hieny”, „sępy” należą do najdelikatniejszych. To Czytelnicy przypominają „dziennikarzom” Faktu i Superaka o czymś tak ulotnym, jak etyka dziennikarska. Zdjęcia jednak nie znikają – znikają za to niewygodne komentarze (sprawdziłem).

Kolejna granica została przekroczona. Media same z siebie przyznały sobie prawo wkraczania w najintymniejsze obszary życia. W imię prawa do informowania gotowe są pokazać autentyczne cierpienie, ból, łzy, rozpacz. Po to, aby każdy z Czytelników (widzów) mógł samodzielnie, własnym paluchem pogrzebać w autentycznej ranie. W normalnym życiu odbiorca prasy raczej nie ma zbyt często okazji do takiego oglądactwa. Nie ma – a my dajemy taką możliwość!

Zobacz, drogi Czytelniku (Widzu), jak płacze ojciec, który trzyma w ramionach martwe dziecko! Widzisz, jak go to boli? Zwróć uwagę na twarz – jakie cierpienie się na niej maluje! Te łzy są prawdziwe – i Ty możesz je oglądać dzięki nam! Czegoś takiego jeszcze w życiu nie przeżyłeś! Teraz my damy Ci słodko-mdlącą papkę słowną, opisującą tę straszną tragedię i zdjęcia – a Ty masz się wzruszyć i zapłakać!

Co z tego, że takie zdjęcia to kolejna trauma dla rodziców Pawła? Oni są tylko aktorami w tym medialnym spektaklu! Ofiarami rzuconymi na ołtarz prawa do informacji. Kogo obchodzi, że może taką tragedię chcieliby przeżywać w samotności? My media będziemy decydować, co wolno pokazać. Jaką kolejną granicę dziennikarzom wolno przekroczyć.

Dlaczego? Bo nikt nie jest w stanie nam tego zabronić! Załóżmy, że po skandalicznej publikacji zdjęć ojca trzymającego w ramionach martwego synka rodzina Pawła odda sprawę do sądu. Bez wątpienia wygra. Może 30 tys. zł, może 50. W każdym razie nie więcej, niż 200 tys. Tak u nas skonstruowane jest prawo, że nikt na własnej krzywdzie nie powinien zarabiać. Są to śmieszne kwoty w stosunku do poczynionych krzywd. Takie pieniądze redakcja brukowca ma już przygotowane na ewentualność procesu. Kalkulacja zysków i strat wykazuje, że szokowanie przysparza odbiorców, a co za tym idzie – zwiększa zyski. Odszkodowanie dla skrzywdzonej rodziny wrzuci się w koszty. A etyka dziennikarska, o której przypominają co bardziej wrażliwi Czytelnicy brukowców? Ona zysków nie przyniesie…

Dawid

Maj 22 2010

Wolny człowiek!

Taggi : , , , , ,

Dostaliśmy oświadczenie Grześka Dudzińskiego, pracownika Faktu. Był on posądzany o to, że jest Dawidem. Faktowcy dla ośmieszenia przytaczali Jego teksty. m.in. o bioenergoterapeucie Słodkowskim i o polskich pilotach, którzy widzieli UFO. Nie udało się – te wzmiankowane artykuły były normalną pracą dziennikarską. Przykre – nie dał się ochlapać błotem…

Przyznam, że Grześka naprawdę szanuję. To facet, który wierzy w ideały. Wiem, że nie napisze niczego, w co nie wierzy. W Fakcie wysyłali Go do Włocławka, żeby „przeprowadził” wieloryba Bolka przez zaporę. On im pokazał wała – do Włocławka pojechał niejaki Kowalczyk. Dudziniak jako pierwszy oświadczył, że może pracować w niedzielę, ale z uwzględnieniem nadgodzin lub dnia wolnego od pracy w ciągu tygodnia.

Grzegorz Dudziński to w końcu pierwszy pracownik Faktu, który wytoczył redakcji proces o mobbing. Nie wiadomo, o jaką kwotę odszkodowania chodzi. Sam Grzegorz nie odpowiada na żadne pytania – do chwili rozstrzygnięć sądowych.

Oto nadesłane oświadczenie:

Pragnę poinformować, że od 1 czerwca nie będę już pracownikiem Faktu. Redakcja ta uznała, że jestem za drogi na czasy kryzysu. Usłyszałem, że gwizdną i na moje miejsce będą mieli tłum ludzi z ulicy, którzy nie będą pyskować i spełnią każde polecenie. Ja nie reaguję na gwizdy. Jestem dziennikarzem z dużym stażem zawodowym, po studiach na UW, z nagrodą SDP “Za wybitne osiągnięcia dziennikarskie”. Pewnie będę gdzieś pisać – byłbym wdzięczny za przesyłanie info na adres: lik.stowarzyszenie@gmail.com
Dzięki wielkie za lata współpracy – w “Superaku” i w “Fakcie”. Fajnie było współpracować z profesjonalistami. Bo takich było wielu. O pętakach szkoda mówić tu I teraz. Lepiej na sali sądowej….
Pozdrawiam – Grzegorz Dudziński (aktualna kom. 509-76-76-89)

Grzesiek – trzymamy za Ciebie kciuki. Mam nadzieję, że po wygranym procesie napiszesz odcinek naszego bloga. Albo kilka odcinków – Dawid

Maj 18 2010

Propaganda sukcesu czy chamstwa?

Taggi : , , , , , , ,

murNapisała do nas osoba pracująca w Fakcie. W mailu była prośba o publikację tego na stronie. Konieczność takiej publikacji dla mnie jest oczywista. Zestawione fakty z życia Faktu wskazują dobitnie, że najważniejszym kierunkiem działania koncernu ASP jest maksymalny wzrost, maksymalny rozwój przy minimalnych kosztach pracy. Ta zasada się nie zmieniła i chyba nieprędko się zmieni.

Nadal dziennikarze, fotoreporterzy będą dla kadry kierowniczej jedynie wyrobnikami Słowa i Obrazu. Niestety – całe nasze dziennikarstwo wciąż jeszcze stoi przed murem stoczni i czeka na tych pierwszych, co mur przeskoczą. Długa droga przed nami – od zapyziałego, wilczego kapitalizmu po nowocześnie funkcjonujące redakcje zachodnie.

Są jednak i wieści pozytywne. W wielu miejscach grają wsiadanego – powstają związki zawodowe dziennikarzy. Oznaczałoby to, że polskie dziennikarstwo jest już na etapie Sierpnia 80. Do nadrobienia jeszcze 30 lat, ale może…

Dzisiejszy mail nie jest jedynym z redakcji Faktu. Nadawcy podkreślają, że nasz blog już im bardzo pomógł. Tym, że pisał o skrzętnie chowanych mrocznych stronach brukowca, i tym, że w ogóle powstał. Okazuje się, że sama możliwość opisania pewnych historii na tej stronie wpływa hamująco na zapędy mobberskie kierownictwa redakcji. “Kiedyś ze strachem odbierałem telefony z warszawki. Wiedziałem, że zawsze mogę liczyć na cierpkie słowa typu: ten temat jest do dupy, to jest gówno, szkoda czasu. A dziś się pilnują! Lecą teksty typu “kochany, ja bym chciał(a), żebyś mi zrobił coś innego” Jestem w szoku!!! Pracuje się łatwiej i masz Dawidzie w tym wielką zasługę! Dzięki i pisz dalej !” – czytam w liście od Kryspina. To dobra wiadomość – o to chodziło autorom tej strony. Skoro kierownictwu “Faktu” brakuje klasy, to pomoże kindersztuba w postaci choćby takiego bacika.

Mamy też kilka nadesłanych perełek, które sukcesywnie będziemy wypuszczać. Dzięki, Przekojot, za ostatnią przesyłkę. Postaramy się całość tak zamieścić, żeby każdy czytelnik sam mógł otwierać załączniki – bo warto. Dzięki temu więcej ludzi pozna prawdziwą twarz brukowców. A teraz zapraszam do lektury poniższego maila – Dawid

Jak wiadomo pracownicy Axel Springer otrzymują co jakiś czas news lettery. Oto jaki nadszedł właśnie do nas.

Prezes Sowa wyraża w nim radość, że skończył się kryzys w branży medialnej, informuje że AS osiągnął rekordowe zyski itd. Itp.

Ja mam nadzieję, że pisze nam to po to żeby nas poinformować, że wkrótce będą podwyżki płac. I jednocześnie przyznaje, że zwolnienia sprzed kilku miesięcy to była pomyłka i chamstwo koncernu razem wzięte.

W samym Fakcie wyrzucili 30 osób a teraz bezczelnie pokazują jakie to wspaniałe wyniki finansowe przynosi wydawnictwo.

Czekamy na podwyżki Prezesie czekamy. A jeśli one nie nastąpią to daruj sobie takie pierdzielenie, bo to tylko irytuje wszystkich, co dostają po 2 – 4 tys na miesiąc i wymaga się od nich poświęcenia życia dla chwały AS.

A oto dosłowne cytaty z owego maila:

Szanowni Państwo,

Koncern Axel Springer opublikował właśnie raport finansowy za pierwszy kwartał tego roku. Ogłoszone wyniki są rekordowo wysokie pomimo tego, że europejskie rynki nadal borykają się ze skutkami gospodarczego kryzysu.

Po raz pierwszy w swojej historii spółka wypracowała tak wysoki zysk EBIDTA, przekraczający w pierwszym kwartale 119 mln euro. Znacząco wzrosły też przychody firmy, w tym przychody reklamowe. Na tak dobry rezultat złożyły się wyniki gazet i czasopism z portfolio Axel Springer, co potwierdza, jak atrakcyjnym biznesowo medium pozostaje segment prasowy.

Świetnie radzą sobie również media cyfrowe, których przychody zwiększyły się w pierwszym kwartale o połowę. Coraz lepsze wyniki notują też zagraniczne spółki Axel Springer. Generują one prawie jedną czwartą przychodów koncernu.

Tak dobre wyniki pozwalają wierzyć, że najgorszy okres branża mediowa ma już za sobą. Prognozy na kolejne kwartały są w Europie optymistyczne.

Z poważaniem,
Marek Sowa, prezes zarządu

I drugi cytat :

Rekordowy wynik koncernu Axel Springer

Pomimo trudnej sytuacji gospodarczej koncern Axel Springer rozpoczął ten rok od znaczących sukcesów. W pierwszym kwartale 2010 r. zysk przedsiębiorstwa przed odliczeniem podatków, odsetek od kredytów oraz amortyzacji (EBIDTA) osiągnął rekordowy w historii firmy poziom 119 mln euro. Przychody grupy wzrosły o 7 proc. do 663,7 mln euro, a przychody z reklamy poprawiły się o ponad 12 proc w porównaniu do pierwszego kwartału 2009 r. Dynamicznie rozwijają się także media cyfrowe firmy. Ich przychody w pierwszym kwartale tego roku wzrosły o ponad 50 proc. Zagraniczne spółki Axel Springer wypracowały wskaźnik EBIDTA na poziomie 7,5 proc. Udział ich przychodów w ogólnych przychodach koncernu wzrósł do 23,8 proc.

“Przeprowadzone na wczesnym etapie cięcia kosztów i restrukturyzacja przynoszą teraz rezultaty. Dzięki Waszym wysiłkom w przeprowadzeniu zmian, dzięki Waszemu zaangażowaniu i kreatywności ze spokojem i optymizmem wchodzimy w kolejne kwartały. Serdecznie Wam za to dziękuję” – podkreślił w liście do pracowników Mathias Döpfner, prezes zarządu Axel Springer AG.

Kwiecień 23 2010

Kadry prawdy

Taggi : , , , , ,

okładka wojtek poprawionaSłowo stało się Ciałem! Dawno zapowiadana książka Wojtka Wardejna o pracy w redakcji pewnego brukowca ukazała się w wersji elektronicznej. Jest już dostępna na rynku. To olbrzymi sukces zważywszy, że wydawca Faktu (Axel Springer) poruszał niebo i ziemię, aby nikit w Polsce nie odważył się rozpowszechniać tej książki.

Kolejne wydawnictwa najpierw entuzjastycznie reagowały na materiał, potem nagle rezygnowały z druku „Kadrów prawdy”. Czyżby kolejny przykład neocenzury? Tym groźniejszej, że nieuchywytnej. Schowanej w zaciszu gabinetów adwokatów Springera. Knebla potężnego, bo wspartego gigantycznymi pieniędzmi. A jednak Wojtkowi udało się wygrać z Goliatem!

Zastanawiające, komu tak bardzo zależało na blokowaniu tej książki. Faktowi? A dlaczego? W książce nie pada nazwa redakcji. Wiadomo tylko tyle, że chodzi o redakcję brukowca, w którym łamane są prawa pracownicze, panuje mobbing, do normy zachowań należy molestowanie seksualne podległych pracownic. Czyżby Fakt sam z siebie uznał, że to właśnie książka o Fakcie?

Dzisiejszy dzień to wielkie święto wolności słowa. Internet po raz kolejny udowodnił, że nawet giganci są wobec niego bezradni. Cenzura internetowa nie wyszła Chińczykom, nie powiodło się też Axlowi. I bardzo dobrze!

Drodzy Internauci! To nie koniec walki! Teraz można spodziewać się kontrataku. Brońmy wszyscy wolności słowa! O ewentualnych ruchach prawników Axla będziemy Was na bieżąco informować. Od Was zależy, czy dacie przyzwolenie gigantowi Axel Springer na wprowadzanie cenzury w Polsce. Poniżej link do książki i jej fragment.

Dawid

PS – wersja „papierowa” tej książki już się drukuje…

http://www.e-bookowo.pl/ebooks/29/211/reportaz/kadry_prawdy/

Z opisu:

“Kadry prawdy” Wojtka  Wardejna to zbiór  interesujących reportaży o pracy niektórych mediów pokazanej od kulis.
Autor jest doświadczonym  fotoreporterem, ustawicznie poszukującym i doskonalącym swój warsztat pracy, także jego elektroniczne narzędzia.
W pewnym okresie swej zawodowej kariery pracował w jednym ze znanych tabloidów. Spostrzeżenia tam poczynione stały się natchnieniem do napisania książki. Ukazuje w niej mechanizmy fukcjonowania tego typu mediów.
W swych opowiadniach ukazuje mało znaną prawdę o organizowaniu pracy w  redakcjach czy sposobach zbierania informacji  o faktach.
Dziennikarzom i fotoreporterom przychodzi niejednokrotnie realizować przedziwne polecenia naczelnych z Wawy. Bywa, że informacjami manipuluje się, nawet tymi tragicznymi… Wszystko po to, by zwiększyć sprzedaż gazety.
Książka napisana barwnym językiem z dbałością o zachowanie specyfiki dialogów, jakie można usłyszeć w środowisku ludzi mediów(skrótowość, kolokwializmy, neologizmy, wyrazy dosadne).
Dystans autora do  opisywanych sytuacji świadczy, że sam nie zatracił  wrażliwości.
Potrzeba sporej cywilnej odwagi, by tak pisać.

Fragment:

Wpadam do redakcji. Alicja łapie mnie zanim zaczynam zrzucać zdjęcia. I prosi…
- Wojtek, mapka jest potrzebna…  zrób proszę…  jak ten korek objechać…  na kato-wickiej…  bo oni w Wawie to sto lat to będą robić…
- Jaki korek na katowickiej ?
- No ten, przy tym wiadukcie…  co go remontują…  sam nam ten temat podrzuciłeś…
Przypomina mi się, jak Alicja dzwoniła z pytaniem jak można ten odcinek wyjazdu na Katowice ominąć, i już jestem w domu.
- Ale chcą objazd przez autostradę, od południa, czy ten od północy, przez te uliczki osiedlowe… ?
- Jeden i drugi…  narysuj proszę i wyślij…  jak najszybciej…
- No dobra, zdjęcie mapy Poznania mam w lapie…  tej ze ściany, z wyborczej…  ale będzie to schematyczne, bo z Patrykiem zaraz muszę wyjść…
- Nieważne, bylebyś wysłał, bo oni ciśnienie mają, i trochę, się gubią…
Co za ludzie, myślę, a ile razy ja mam gdzieś trafić po mapie i trafiam, i to do wiosek co to ich na niej nie ma, albo są gdzieś indziej, taki kawałek w prawo lub w lewo, w górę i lub w dół. I trafiam. A oni się w mieście dużym gubią. No tak…  oni jeżdżą na GPS. Taki elektroniczny McDonald’s. Modyfikuje umysł, i pamięć. Dobrze, że mnie na niego nie stać. Kolega kupił nową komórę, i w niej taką opcję ma. Pod Poznaniem przeprowadził go drogą o 30ci kilometrów dłuższą. Żeby mieć autostradę na mapie, kupiłem nowy atlas. Zgodny z GPS. Chyba go wyrzucę bo większości miejscowości nie ma, takich małych, albo są, nie po tej stronie drogi.
Siadam i rysuję. Numerek, ulica, kreska i nazwa w file info . Rach, ciach i wysyłam. Wychodzę z Patrykiem.
- Co robimy?
- Targety dla polityki…
- O Boże. A w jakim temacie ? – już wiem, że będzie to niezapłacona robota…  polityka, taki dział., w wawie, zamawia mnóstwo, ale niewiele wchodzi…- I ile???
- Chcieli osiem, ale zbiliśmy do pięciu…
- A wiek?
- Nie określili się – mówi Patryk. – Ale jak znam życie to i tak coś im będzie nie pasować…  ale luz, zrobimy trzy i do redakcji…
- Ten twój luz to mnie czasem przeraża…  a potem trzeba dorabiać zdjęcia…
- Spoko…  jak będzie trzeba…  to ojca podstawie i sąsiada…  jeszcze nie chodzili…
- Przeraża mnie to, że ludzie tą gazetę kupują…  jak podstawiłem znajomego do zdjęć to mnie pytał, czy wszystkie informacje takie są…  ?PRAWDZIWE”…- akcentuję.
- I co? – pyta wyraźnie zainteresowany Patryk. – Co powiedziałeś?
- Kup. Znajdź stronę gdzie jesteś, a resztę wyrzuć…  stronę na pamiątkę zostaw…- I tu nagle dzwoni telefon…  mój…

Marzec 25 2010

Samozwańcy wolnej prasy

Taggi : , , , , , ,

sztandaryZ poprzedniego odcinka, zawierającego materiały z Super Expressu, cały świat dowiedział się, że wolność polskiej prasy jest zagrożona przez błędne i skandaliczne wyroki polskich sądów. Kilka wyrwanych z kontekstu wypowiedzi autorytetów prawnych, odrobina żonglerki statystycznej i mamy wspaniały przykład brukowego lobbingu pod płaszczykiem „obrony wolności słowa”! Zagranie inteligentne. Jednak przy głębszej analizie puste i populistyczne.

W pierwszym materiale już na wstępie dowiadujemy się, że aż 65 proc. Polaków jest za podglądaniem celebrytów. I wniosek – Polacy żądają takiej informacji, a skoro sądy zabraniają, to są one przeciw wolności słowa i przeciw demokracji.

Proponuję sprawdzić w sondażu, ile proc. naszych rodaków byłoby za odebraniem siłą majątków ludzi bogatych i rozdaniem tych pieniędzy biednym. Ilu za trzydniowym tygodniem pracy w zamian za potrójne wynagrodzenie. Ilu w końcu zgodziłoby się z twierdzeniem, że państwo musi zapewnić każdemu młodemu małżeństwu darmowe mieszkanie i samochód. Jeżeli byłoby to realne, ja też byłbym za.

Cóż z tego wynika? Absolutnie nic. Samo chciejstwo nie wystarcza. Czy to, że wścibski Kowalski chce koniecznie zobaczyć na zdjęciu, jakie kapcie nosi pan Linda, jakie majtki założyła pani Rossati oznacza, że dostarczenie tych informacji staje się częścią misji mediów? Absolutnie nie!

Schlebianie niskim instynktom, zaspokajanie niezdrowej ciekawości, nie może być mieszane z hasłami walki o wolność mediów i w obronie demokracji! Jaki wpływ na rozwój czy upadek demokratycznych zasad ma nowy stanik Dody czy cellulitis u nieco starszej aktorki? Rząd od tego nie upadnie, nie martwcie się koledzy z Superaka!

Co do wolności, autorzy tych tekstów chcą nas przestraszyć kolejnym kneblem. Celowo, z rozmysłem mieszają tu pojęcia „wolności” i „anarchii”. Czymże jest wolność? Każdy człowiek potrzebuje wolności i ma do niej prawo. Ostateczną granicą prywatnej wolności musi być jednak nienaruszalna granica wolności innych ludzi. Nie wolno poszerzać swojej strefy wolności kosztem innych ludzi. Takie przypadki bywały w historii nader często i potem historycy określali te zjawiska jako dyktatury. Swoją przestrzeń życiową (przestrzeń wolności) poszerzało Imperium Rzymskie, gnębiąc połowę świata. W ostatnim stuleciu też mieliśmy niesławne przykłady szerzenia wyższości rasy nordyckiej czy haseł międzynarodówki socjalistycznej. W obronie wolności swojego ludu i wyższości swojej religii występują islamscy terroryści – czy ktoś poza nimi samymi popiera takie dążenia?

Bardzo źle stałoby się, gbyby prawodawca uległ temu populistycznemu lobbingowi. Rzekoma „wolność prasy” stałaby się dyktaturą medialnych kolosów, które i teraz są niemal wszechwładne. Każdego możnaby zniszczyć – choćby przez publikację zdjęcia, na którym znany aktor czy polityk dłubie w nosie czy kłóci się z żoną. To media, nie będąc zagrożone procesem i odszkodowaniami, decydowałyby o upadkach rządów, o kształcie kolejnych ustaw, o wyborze przedstawicieli parlamentarnych – czyli o losach państwa. Stałyby się superwładzą – i o tym marzą wydawcy Superaka (Faktu zresztą też).

Na takie pozakonstytucyjne, bezprawne, zagrażające demokracji rozwiązania nie może być zgody. Inaczej wszystko będzie na sprzedaż – nasze życie, nasza prywatność. Kto bowiem decyduje o tym, czy dana osoba jest VIPem lub celebrytą? Media! I pewnego pięknego dnia pewien wydawca może stwierdzić, że od dzisiaj to właśnie Ty, drogi Czytelniku, jesteś VIPem! Z dnia na dzień utracisz całą swoją prywatność w globalnym świecie Wielkiego Brata! I nie będziesz wtedy mógł szukać ratunku w sądzie – bo przecież media mają prawo do wolności w rozumieniu brukowym! Chcecie takiego świata?

Dawid

Marzec 19 2010

Wolność mediów brukowa

Taggi : , , , , ,

super-express-faktDziś dwa materiały z Super Expressu. Skomentuję w następnym odcinku

Dawid

Sondaż: Chcemy wolnej prasy

Data publikacji: 16.03.2010 06:44

Aż 65 procent Polaków nie widzi nic złego w publikowaniu zdjęć zrobionych znanym i popularnym osobom w miejscach publicznych! A to oznacza, że chcemy wolnej prasy i mówimy stanowcze “nie” jakimkolwiek próbom wprowadzania cenzury w mediach. Nawet jeśli nie podoba się to celebrytom!

Jak wynika z sondażu Gemiusa dla Newseek.pl, oczekiwania Polaków całkowicie rozmijają się z orzeczeniami Temidy.

Kilka dni temu Sąd Okręgowy w Warszawie nakazał “Super Expressowi” przeprosić Tomasza i Hannę Lisów oraz wypłacić im pokaźne odszkodowanie. W uzasadnieniu wyroku stwierdzono m.in., że drukowanie zdjęć bez zgody fotografowanych, nawet jeśli te zrobione są w miejscach publicznych, jest niedopuszczalne.

Przeczytaj koniecznie: Kasia Cichopek powie Ci, jak schudnąć

To nie pierwszy taki wyrok w sporze gazety z celebrytą. Tymczasem na Zachodzie tego typu sprawy kończą się inaczej. J.K. Rowling, miliarderka i autorka serii książek o przygodach Harry’ego Pottera, chciała w sądzie wywalczyć zakaz publikacji zrobionych na ulicy zdjęć swojego syna. Przegrała. – Prawo nie zapewnia sławom strefy wolnej od prasy dla ich dzieci – oświadczył sędzia i odrzucił jej żądania w całości.

Medioznawcy przyznają, że wyniki sondażu Gemiusa wcale ich nie zaskakują.

- Podglądanie, zwłaszcza atrakcyjnych celebrytek, zawsze było ulubionym zajęciem małych chłopców. Dziś chłopcy są dorośli i przyznają, że “z wiekiem wcale im nie minęło”. Mało tego, chcą więcej – mówi prof. Maciej Mrozowski.

Przeczytaj koniecznie: Kudelski znalazł “duchową drogę”

Według prof. Tadeusza Kowalskiego ludzie znani są zakładnikami swojej popularności. – Od tego, jak często pisze się o nich w gazetach, zależy chociaż-by wysokość ich honorariów. Dlatego użalają się nad swoim losem, a jednocześnie prowadzą z mediami cyniczną grę – rozpuszczają plotki, wysyłają do redakcji zdjęcia, ustawiają się na tzw. sesje z ukrycia – podkreśla specjalista. Najwyraźniej Polacy oczekują od celebrytów konsekwencji.

Autor: TS

To jest sensacja, na którą “Super Express” czekał i bardzo liczył! Jeden z najwybitniejszych polskich prawników, profesor Piotr Kruszyński w dzisiejszym wywiadzie dla nas zdecydowanie i otwarcie krytykuje orzeczenie polskiego sądu! Krytykuje sąd, który ukarał nas w sprawie z Tomaszem Lisem za publikowanie zdjęć znanych dziennikarzy zrobionych w miejscach publicznych.

Sąd błędnie, według profesora, uznał, że wolne media w wolnym kraju nie mogą zamieszczać fotografii popularnych osób zrobionych choćby na ulicy, jeśli celebryci się na to nie godzą! Sąd w ten sposób chce założyć kaganiec na wolne media, wprowadzić cenzurę i zakazać “Super Expressowi” jego misji: misji pokazywania prawdy!

Słowa profesora Piotra Kruszyńskiego kierowane do błądzących polskich sądów są jasne i oczywiste: “Osoba publiczna w miejscu publicznym musi się liczyć z tym, że będzie miała zrobione zdjęcie” i “Media mają prawo sfilmować osobę publiczną w miejscach publicznych i kropka”. Te słowa dedykuję polskim sędziom, którzy działając w interesie bogatych i wpływowych, chcą zniszczyć wolną prasę i demokrację, która nie istnieje bez kontrolnej funkcji mediów.

Warto wspomnieć, że profesor Piotr Kruszyński był jedną z osób, które najmocniej krytykowały nas za opublikowanie filmów z senatorem Piesiewiczem (tu pozwolę się z Panem Profesorem nie zgodzić), jest też osobą niezwykle ceniącą Tomasza Lisa i jego dziennikarski dorobek. Nie miał jednak wątpliwości, że wolne media trzeba w demokratycznym społeczeństwie bronić przed niesprawiedliwymi i nierozsądnymi wyrokami sądów.

Autor: Sławomir Jastrzębowski, naczelny SE

Luty 10 2010

Dziennikarz jak kartka legitymacji?

Taggi : , , , , ,

kartkaPozwolę sobie nawiązać do opublikowanych ostatnio filmowych materiałów Pawła Znyka, które miały atakować red. Ziomeckiego (chodzi o linki z poprzedniego odcinka). Miały, bo tak naprawdę moim zdaniem zaatakowały autora (autorów?). Kiepski materiał, tendencyjny, pozbawiony merytorycznego przesłania. A jeżeli takie przesłanie było, to utonęło w ogólnym chaosie. Rozczarowanie – bo poprzednie filmy dotyczące działań TVN były o niebo lepsze.

W tym ostatnim filmie roi się od chwytów, które Paweł Znyk zarzucał TVN. Tabliczka z nazwą wydziału karnego, odczytanie nazwisk oskarżanych dziennikarzy – odbiorca ma zrozumieć, że oto widzi przed sobą przestępców. To dlatego tytuł Marionetki Roku przekazywany jest Mariuszowi Ziomeckiemu właśnie w sądzie, a nie np. w redakcji Superaka. Wezwanych strażników kamera pokazuje z żabiej perspektywy – wrażenie brutalnej wszechwładzy, blokującej pytania do red. Ziomeckiego.

Kolejna sprawa – dziennikarz rozmawiający z przedstawicielami Super Expressu zadaje mało profesjonalne pytania. Bardziej jest to zaczepka obliczona na nierozważne słowo osoby atakowanej. Kiedy takie słowa padają (o gnojku, o daniu pięścią w twarz itd.), podkręca ich wydźwięk w kolejnym pytaniu potwierdzającym.

Domyślam się, że podstawowym chwytem miało być przesłanie: wy w Superaku robicie tak samo – jak się teraz czujecie? Tyle, że ta teza jest słaba – bo brakuje jakichkolwiek zarzutów merytorycznych wobec ludzi z SE. Oni stoją na korytarzu sądowym. I to wszystko. Może ostałaby się ta teza w zestawieniu z analogicznym materiałem w wykonaniu superexpressowym, atakującym kogoś „za darmo”. Tu pada kompletnie.

Zapyta ktoś – po co w takim razie puszczaliśmy te linki? Film jest kontrowersyjny i może wywołać dyskusję o różnych sprawach. A to wartość sama w sobie. Poza tym na naszej stronie – na platformie wolności – nie ma obowiązku zgadzania się z czyimiś przekonaniami. Jak napisał Wolter: Nie zgadzam się z Pańskimi poglądami, ale oddam życie, aby mógł je Pan głosić. Ja teraz też nie twierdzę, że ostatni film Pawła Znyka jest słaby – tylko moim zdaniem tak właśnie jest.

Tyle w kwestii mojej subiektywnej oceny. Jest jednak w tym filmie rzecz, na którą zwróciłem baczniejszą uwagę. Atakowana przez dziennikarza (?) osoba sprowadza całą istotę dziennikarstwa do żądania okazania legitymacji prasowej. Wobec braku takiego dokumentu odmawia komentarza. Ma oczywiście prawo do takiego kroku.

Czy legitymacja prasowa jest rzeczywiście papierkiem lakmusowym dziennikarstwa? Wątpię. Wystarczy otworzyć portal internetowy, zarejestrować go i można produkować tony takich świstków. Legitymację prasową dostanie wtedy każdy, kto wyrazi chęć jej otrzymania.

Podobnie rzecz się ma w redakcjach w obecnym stadium rozwoju (kryzysowego). Legitymację prasową otrzyma ten, kto najbardziej odpowiada obecnym tendencjom w mediach. Nie ten doświadczony, znający fach – ten tańszy.

Myślę, że brakuje nam odpowiedniej definicji dziennikarza, określenia ram zawodu. Pełna otwartość na dopływ „świeżej krwi” sprawiła, że nasz zawód mocno podupadł. Niekoniecznie trzeba skończyć studia, aby zostać Panem Redaktorem. Niekoniecznie trzeba orientować się w Prawie Prasowym. Nikt nikogo niue zmusza do przestrzegania jednego z wielu Kodeksów Etycznych.

To absurd, że jest możliwa taka sytuacja: jednego dnia młodziutka osóbka wkracza do redakcji, drugiego dnia już hasa w polowaniu na tematy, z legitymacją prasową w dłoni. Jak małpa z brzytwą.

Pytanie, czy komukolwiek zależy dziś na uregulowaniu statusu dziennikarza, na określeniu ram zawodu? Prasie bulwarowej typu Fakt czy Super Express na pewno nie – bo może dotychczasowi dziennikarze staliby się zwykłymi pracownikami mediów. Gazetom i czasopismom bardziej ambitnym też nie – bo może w nowym gorsecie nie mieściłyby się niektóre zagrania, stosowane przez te media pod publiczkę. Ustawodawcom (politykom) nie w smak zadzierać z mediami, bo w świadomości wyborców istnieją przecież tylko dzięki tym mediom.

W tych warunkach na rzeczywistym samookreśleniu się dziennikarzy może zależeć tylko związkom zawodowym, a te w praktyce w naszym zawodzie nie istnieją. Kółko się zamyka. Legitymacja prasowa nadal pozostaje zwykłą kartką zadrukowanego papieru.

Dawid

Luty 04 2010

Wizerunek zamiast doświadczenia

Taggi : , , , , , , ,

smarkacz„Zatrudnię atrakcyjną sekretarkę. Wymagania: wiek do 25 lat, znajomość dwóch języków obcych, doświadczenie w pracy. Oferty…” Takich i podobnych ogłoszeń można wyszukać wiele. Można odnieść wrażenie, że pracodawcy poszukują bardzo młodych pracowników, którzy zaczęli zbierać doświadczenia zawodowe już w przedszkolu! Kiedyś takie nieco absurdalne dążenia widać było przede wszystkim w przypadku binesmenów-nuworyszy. Takich nowobogackich, którym przypadkiem się poszczęściło w biznesie i lubią błyszczeć gadżetami: najnowszym jaguarem, długonogą sekretarką, nową żoną, posiadłością pod miastem.

Teraz te tendencje dopadły i media. Spotkałem ostatnio znajomą redaktorkę, która pół życia przepracowała w prasie bulwarowej i kobiecej. Doskonały fachowiec. Biegła znajomość kilku języków obcych, studia podyplomowe, praktyka. Spod Jej rąk do gazety trafiały teksty, które nie miały finału na sali sądowej. Ona zawsze wyszukała każdą słabą stronę obrabianego tekstu. Prosiłą wtedy (prosiła, nie nakazywała) dziennikarza o uzupełnienia. Ceniona przez zwierzchników, szanowana i uwielbiana przez podwładnych.

Dziś utrzymuje się dzięki tłumaczeniom. Szef wyrzucił ją, bo „była za droga na czasy kryzysu”. Poza tym ma pod 50-tkę, a „do naszej gazety bardziej pasują młode, ambitne dziewczyny”. Czyli za droga, za stara… Jednym słowem – nie pasuje do wizerunku…

Znajomy z lokalnej gazety, należącej do niemieckiej sieci dzienników, jest rok przed emeryturą. Mówi wprost, że żal mu tych młodych ludzi, którzy teraz wchodzą w dziennikarstwo. Nie dowiedzą się, na czym ono polega, bo starych wyjadaczy redakcje koszą. Nie będzie od kogo uczyć się zawodu! Przez to zaczyna się era „samorodnych pistoletów”.

Dał przykład. Pojechał za miasto zrobić temat z kroniki policyjnej. Chodziło o pana, któremu łobuz rzekomo wybił szybę w samochodzie. Reporter pojechał na miejsce, spotkał się z poszkodowanym. Okazało się, że to miejscowy pieniacz, który już niemal każdego sąsiada pozwał do sądu o różne dziwne sprawy. Pokazał uszkodzony samochód. Szyba była cała. Na karoserii nieznaczna rysa, która niekoniecznie musiała powstać od kamienia. Pan podniósł jeden z tysięcy kamyczków na swoim podjeździe i oświadczył: „to tym kamieniem syn sąsiadów rzucił w mój samochód”.

Dla doświadczonego reportera był osobą kompletnie niewiarygodną. Przede wszystkim dlatego, że kłamał opisując swoje straty przez telefon. Zapytany, dlaczego tak zrobił, odparł z rozbrajającą szczerością: „bo wy dziennikarze do byle głupstwa nie przyjeżdżacie”.

Oczywiście mój znajomy odpuścił sobie temat. Następnego dnia obejrzał w lokalnej telewizji wstrząsający materiał o mężczyźnie prześladowanym przez rozwydrzonego syna sąsiadów. Młodziutka reporterka pokazywała puste miejsce po szybie w samochodzie. Na zbliżeniu był wielki kamień wśród rozbitego szkła…

W swojej redakcji reporter usłyszał, że za takie spartolenie tematu powinien wylecieć. Jest już chyba za stary. Musi bardziej się spiąć, bo inaczej nie doczeka w tej firmie emerytury… Nikogo nie interesowała prawda, liczyło się pokazanie wersji prawdy.

Takie sytucje obecnie zdarzają się bardzo często. W Fakcie, w Wyborczej, w publicznej telewizji i w radio. I pewnie w dziesiątkach innych redakcji. Kryzysowy sposób na oszczędzanie. Dziennikarze starsi stażem zazwyczaj mają wyższe pobory. Na ich miejsce można „zatrudnić trzech ludzi z ulicy, którzy będą uszczęśliwieni stałą pracą” (cytat z klasyka medialnego poganiacza).

Czy ktokolwiek pomyślał o konsekwencjach? Żółtodziób puszczony na szerokie wody bez oparcia w bardziej doświadczonych kolegach jest na pewno tańszy. Na pewno zrobi wszystko, aby dopasować się w cudzy, jeszcze trochę na wyrost kupiony garnitur „pana redaktora”. Przy tym przesiąknięty panującą w redakcjach pogardą wobec doświadczenia zawodowego. Mieszanka wybuchowa!

Po kilku latach skończy się to wszystko prezegranymi procesami sądowymi, bo „reporter wszystko pokręcił”. Stracą redakcje, straci prestiż zawodu. Ale to nie ten młody dziennikarz będzie wszystkiemu winien. To panowie z dzisiejszych zarządów, redaktorzy naczelni. W razie potrzeby wezmą godziwe odprawy i pójdą na zasłużony w pełni odpoczynek. Chyba, że ktoś wcześniej wymieni ich na nowsze modele… Jak by się nie stało, to my zostaniemy z kiepską prasą, ze sfrustrowanymi byłymi pistoletami kryzysowego dziennikarstwa. Apokalipsa? Nie – medialna rzeczywistość…

Dawid

Styczeń 26 2010

Błotne kąpiele na balu

Taggi : , , , , , , , ,

balTegoroczny Bal Dziennikarzy pokazał prawdziwy obraz polskich mediów. Impreza miała szczytny cel – zbiórkę pieniędzy na rodziny zastępcze. Każdy wie, czym różnią się takie formy wychowywania dzieci w rodzinach od najlepszych nawet Domów Dziecka. Po prostu wszystkim! Tylko przyklasnąć, że brać dziennikarska zebrała się tłumnie wokół jednej, pięknej idei. O czym po balu krzyczały czołówki gazet? O milionach na sierotki? O tysiącach wspartych rodzin zastępczych? Nie – wszyscy od brukowców po poważne tytuły rozstrząsali pyskówkę pomiędzy Dodą i Piotrem Tymochowiczem. Z wypiekami na twarzy można było wysłuchać Dody, która mówi, że to kolega pomógł Tymochowiczowi w zrobieniu własnego dziecka. Potem zaciskać w geście solidarności pięści, słuchając Tymochowicza, który nazywa Dodę szmatą i kwestionuje jej IQ. Na koniec przyznać rację zrozpaczonemu biologicznemu ojcu (DJ Pawelec), którego Tymochowicz i narzeczona odcinają od córeczki. Albo wzruszyć się szczerym wyznaniem narzeczonej Tymochowicza, która oskarża Pawelca o dążenie do usunięcia ciąży… Albo… Itd. Brazylijska telenowela z dramatem dziecka w tle! Dokąd my doszliśmy? Do publicznego szaletu we wszystkich polskich mediach?! Czy naszych Czytelników powinny obchodzić prywatne sprawy grupki znanych osób? Czy to jest dziennikarstwo? Ktoś powie – ta kłótnia była publicznym wydarzewniem i jako taka straciła walor prywatności. Czy ktokolwiek dałby czołówkę gazety o kłótni dwóch meneli pod budką z piwem? Taki temat trafiłby co najwyżej do kroniki ktryminalnej. A kiedy jeden celebryta powie coś przykrego drugiemu celebrycie robi się z tego news! To prywatna sprawa tych czworga ludzi, że zdecydowali się publicznie prać brudy, obrzucać się błotem. Być może mieli powody i być może swoje racje. Tematem samym w sobie jest walka biologicznego ojca o prawa do dziecka. Czy też żal i osamotnienie porzuconej kobiety. Jasne, że tak – ale to dziennikarz powinien oddzielić w tym przypadku ziarno od plew. Rzeczowe argumenty od zwykłego błota. Dlatego właśnie tak ważną w dzienikarstwie cechą jest profesjonalizm. Przykładowo – narzeczona Tymochowicza w nakręconym oświadczeniu mówi rzeczowo o sytuacji swojej i swojego dziecka. W kolejnych zdaniach oskarża Pawelca o sprawy, które trudno udowodnić. A cytowane są obie części tej wypowiedzi. Tymochowicz opowiada o swoim adoptowanym dziecku. W kolejnych słowach nazywa Dodę szmatą. I też idzie wszystko – bo to podkręca emocje! Rynsztok i bagienko wśród celebrytów – ciesz się i dziwuj narodzie! Tegoroczny Bal Dziennikarzy i jego skutki medialne to kolejny przykład na wielokrotnie już stawianą tu tezę o tabloidyzacji WSZYSTKICH polskich mediów. Schlebianie najniższym instynktom czytelniczym zamiast misji. Opisywanie, kto komu strzelił w gębę, kto na kogo napluł i kto z kim spał zamiast spraw naprawdę ważnych. Doda całująca prezydenta czy bluzgająca na Tymochowicza zamiast sprawy rodzin zastępczych. Brukowiec Story to opowieść nie tylko o Fakcie czy Superaku – to opowieść o wszystkich mediach dokonujących wyboru tematu w sposób bulwarowy, tabloidowy. Kto poda wyjątki? Dawid

Styczeń 21 2010

Komuna stworzyła bestię

Taggi : , , , , , ,

pikna_i_bestia_03Pretekstem do dzisiejszego odcinka jest film, nadesłany do nas przez kolegę. Temat: manipulacja w przekazach TVNowskich. Całość przekonywująca i dobrze zmontowana. Piszę: kolega, choć nigdy w życiu tego człowieka nie widziałem na oczy. Znamy się z Internetu. Nie podam Wam jednak Jego nazwiska. Dlaczego? Dobre pytanie.

Pamiętacie film Pawła Znyka „Szkoła uwodzenia świadomości”? Publikowaliśmy to jeszcze na blogspocie. Tam autor przedstawił się z imienia i nazwiska. Cóż się stało? Wybuchła dysputa merytoryczna? TVN przedstawił swoją argumentację, wykazującą błądzenie Pawła Znyka? A skąd!

TVN posłał w teren reportera śledczego, niejakiego pana K. Człowieka, który swoje pierwsze kroki zawodowe stawiał w „Superaku”. Czyli umiał dowalić, kiedy trzeba. Reporter K. odwiedzał wszystkich znajomych Pawła Znyka. Wypytywał o wszystko, co mogłoby rzucić cień na krytyka TVN. O kochanki, nieślubne dzieci, wydatki, dziwne zachowania itd.

Pech chciał, że dr Paweł Znyk okazał się człowiekiem, na którego niełatwo znaleźć haka. Materiał reportera K. nie ukazał się – przecież nie o laurkę chodziło! Paweł nadal jednak odbierał pogróżki, pojawiły się ataki na jego pracodawcę.

Bloger Fiatowiec, piszący o walce z koncernem Fiata, przyznaje, że za głowy (a raczej nazwiska) autorów firma wyznaczyła nagrodę. Jak na Dzikim Zachodzie. Wanted – i każdy może sobie postrzelać. I zgarnąć nagrodę.

Te same historie mieliśmy na naszej stronie. Najpierw prawny atak na Interię, aby usunęła zdjęcia. Interia przestraszyła się doskonale opłacanych prawników Faktu. Potem w komentarzach typowanie autorów bloga. Bartek Szambelan – bo pokłócił się z redakcją Faktu, kiedy jeden z redaktorów postanowił wepchnąć do Poznania swoją kochankę. Wojtek Wardejn – bo napisał książkę o Fakcie. Grzesiek Dudziński – bo jako pierwszy pozwał Fakt o mobbing. Takie strzały na oślep.

Były ataki hakerskie na nasze prywatne maile, na stronę. Wiemy, że ASP zatrudnił informatyków spoza firmy, aby wykryli i zniszczyli autorów piszących i komentujących na naszej stronie. Tak właśnie działają korporacje medialne.

Prawnie niewiele nam mogą zarzucić, podobnie TVN Pawłowi Znykowi. Pechowy art. o krytyce prasowej! Podlega jej każdy Kowalski w naszym kraju, każdy prokurator, urzędnik, polityk. W imię zasady: prawdziwa cnota krytyk się nie noi. A jednak koncerny się boją. Dlaczego? Czyżby nie były aż tak cnotliwe?

Fakt ma w swojej historii „sprawę słupów”. Tego dowiedzieliśmy się z kolejnego maila. Pewna pani napisała, że kilka lat temu „robiła za faktowego słupa”. Członek jej rodziny pracował w redakcji. Ponosił koszty swojej działalności – paliwo, telefony itd. Te wszystkie kwoty były zsumowane i wypłacane autorce maila w formie umowy o dzieło. Jakie dzieło? Artykuły prasowe!!!

Autorka maila poszła na wszelki wypadek do Państwowej Inspekcji Pracy. Tamtejszy prawnik złapał się za głowę. Skwitował, że pani musi jak najszybciej zgłosić całą sprawę prokuratorowi, bo sama będzie odpowiadała za współudział. Nie zgłosiła, bo nie chce być ciągana po sądach. I mic się nie dzieje. My na stronie gromadzimy to i kiedyś pewnie zrobimy użytek z tego materiału w sensie prawnym.

Powyższa historia to kolejny przykład na poparcie tezy o poczuciu wszechwładzy i bezkarności naszych koncernów medialnych. Kowalski za taki numer dostałby potężny domiar, koncern śpi spokojnie. Znamienne, że inspetor PIP nie wszczął od razu postępowania, tylko odesłał panią do prokuratury…

Dzisiejsza samowolka mediów to spadek po komunie. Starsi pamiętają – przed 1989 prasie z zasady się nie wierzyło. Na ścianach domów w całej Polsce pojawiały się zamalowywane napisy „prasa kłamie”. W tym czasie funkcjonowała alternatywa prasy reżimowej – prasa podziemna. Ludzie ideowi, pracujący za „dziękuję”, wierzący w misję dziennikarską… Bibułe czytało się, jak Biblię. Skoro podziemne – musiało być prawdziwe. Odbiorcy spragnieni byli prawdy i zakładali, że ją dostają w postaci kartki z powielacza.

Zwycięstwo i wolność. I na polski ryneczek wkraczają wielkie koncerny medialne. One nie walczyły o wolność, o swobodę słowa. Doskonale jednak wchodzą w gotową zbroję rycerza słowa. I te koncerny produkujące prasę poważną, i wydawcy bulwarówek.

Korzystają z bonusa, na jakiego nikt na świecie liczyć nie może – zgagi po komunie. Sądy w Polsce rzadko orzekają przeciwko dziennikarzom – bo przecież byłaby to ponownie cenzura!

Stąd całkowita bezkarność mediów, bo zawsze można zasłonić się „wolnością słowa”. To przyklepie pan sędzia, który za komuny też orzekał, ale nie chciałby, aby ktokolwiek o tym pamiętał. Każdy sędzia w Polsce ma w tyle głowy myśl, że w przypadku skazania dziennikarza czy redakcji zyska etykietkę „walczący z wolnością prasy”. Nieuprawnioną etykietkę, aczkolwiek o tym nikt nie będzie dyskutował.

Koncerny medialne są zatem bezkarne. Otulają się w cudze sztandary „walki o wolną prasę” i żądają profitów. Walka o ideały jest im obca, dlatego nie rozumieją ludzi, którzy bez żadnych pieniędzy chcą takie koncerny atakować.  Dlaczego atakują? Dlaczego nie przyjmują łapówek za odstąpienie od tych ataków? Głupi po prostu…

Bezkarne pod względem sądowym koncerny medialne wpadły w pułapkę jednowładztwa i absolutyzmu. Już nawet nie IV władza – to cappo di tutti capi, szef Boga (jak się nazwał jeden z komentatorów). Kto śmie krytykować boskość? Naszą nieomylność?

Tak to dzisiaj wygląda. Film, o którym wspominałem, jest pod adresem:

http://www.youtube.com/watch?v=Boypjplnn-U&feature=youtube_gdata

Zobaczcie i sami oceńcie. Nie potwierdzam i nie zaprzeczam, że autorem jest dr Paweł Znyk. Z powodów opisanych wyżej.

Dawid

dziennik fakt

Walka Dawida z Goliatem...

Utwór prześmiewczo-dożynkowy

Historia pewnej prowokacji...

dziennik fakt dziennik fakt dziennik fakt dziennik fakt dziennik fakt dziennik fakt

Cały tekst możecie przeczytać: w tym wpisie

Muzyczna wersja Historii pewnej prowokacji: TUTAJ
Zagraj sam Historię pewnej prowokacji - słowa i chwyty gitarowe TUTAJ

PADALEC ROKU – czyli oszukali przy honorarium

Ranking oszustów medialnych – szczegóły: TUTAJ