W noworocznym numerze „Pressa” doczekaliśmy się sążnistej recenzji naszego bloga autorstwa Mariusza Kowalczyka. Ileż tam jest zarzutów! Nic, tylko pokajać się i zarzucić pisanie! Autor zgrabnie klei swoje pudełeczko pod nazwą „blog zemsty” i do tego pudełka wrzuca kolejne tezy, które mają potwierdzić wcześniejsze założenie.
Oprawa pudełeczka: Brukowiec Story jest blogiem zemsty, bo Dawid przez wiele lat był pracownikiem Faktu. Teraz stracił pracę w gazecie i mści się, strzelając zza węgła, na dodatek anonimowo. Hola, Panie Marcinie! Nigdy nie napisałem, że przez wiele lat byłem pracownikiem Faktu – podałem, że byłem przez wiele lat związany z redakcją. To dwie różne sytuacje, niekoniecznie tożsame. Nigdy też nie wspominałem o tym, że ktokolwiek miałby mnie zwalniać. Może najpierw musiałbym być zatrudniony?
Bez tych założeń cała misterna siatka przyczyn i skutków zaczyna się jakby z lekka rwać. Redaktor Kowalczyk zrecenzował naszego bloga na zasadzie tabloidu – tu czarne, tu białe. Tak w życiu bywa niezmiernie rzadko. Tylko w brukowcach nie ma półcieni, wszystko jest jasne, proste i oczywiste. W rzeczywistych brukowcach, nie w Brukowcu Story.
Zastanawia wybór pewnych fragmentów. W mailowym wywiadzie faktycznie napisałem, że rozumiem gorycz w wypowiedziach byłych pracowników Faktu, których wykorzystano i wyrzucono na śmietnik. Była to odpowiedź na pytanie Red. Kowalczyka, dlaczego w komentarzach na blogu jest tyle agresji. Była też druga część mojej wypowiedzi – że w agresji i opluwaniu innych internautów prym wiodą tzw obrońcy Faktu (czytaj: osoby związane z kierownictwem redakcji). Ta część wypowiedzi już do pudełka nie pasowała?
Na blogu nigdy nie pisałem o „lizankach, macankach”, o tym, kto kiedy przed kim rozkładał nogi. Takie wypowiedzi pojawiały się w pojedyńczych komentarzach internautów do knkretnych odcinków bloga. Z art. M. Kowalczyka wynika tymczasem niezbicie, że cały blog to tylko takie wspominki…
I wreszcie zarzut podstawowy – Dawid pisze anonimowo i dlatego jest niewiarygodny, nierzetelny i godny potępienia. Pan, red. Kowalczyk, pisze pod nazwiskiem, a już na pierwszy rzut oka dokonał Pan kilku manipulacji dla poparcia stawianych tez. I to jest w porządku?
Cóż Pan robi z kolegą z bloga Antypresse? Zakłada Pan, że podane przez Pana nazwisko autora jest prawdziwe. Tomasz Szymborski – bo tak plotka w środowisku głosi. I co dalej z tym fantem zrobić? Trzeba przypiąć mu łatkę, że próbował szantażem załatwić sobie etat w „Dzienniku Zachodnim”. Jak mu to nie wyszło, założył kolejnego „bloga zemsty”.
Mało istotne, czy na swoim blogu pisze on prawdę, czy nie. Czy podnosi ważne problemy, czy pisze o głupstwach. Po co ścierać się na argumenty, dyskutować merytorycznie. Lepiej przykleić łatkę szantażysty i znowu wszyscy mogą się czuć lepiej. Bo ten anonimowy bloger dał się złapać na tym, że ma krzywe nogi albo garbaty nos. Skoro trudniej było nam poradzić sobie z blogerem w dyskusjach ad rem, łatwiej pójdzie ad personam.
Wielu znanych dyskutantów promuje tezę, że pisanie pod własnym nazwiskiem jest bardziej odważne, bardziej wzniosłe. Zacznijmy od kwestii, że wiele tych nazwisk powstało tylko i wyłącznie na użytek pisania. Nawet wielkie powieści pana Aleksandra Głowackiego powstawały pod pseudonimem Bolesław Prus. Krzysztof Kamil Baczyński publikował swoje wiersze jako Jan Bugaj. Młody Karol Wojtyła w „Tygodniku Powszechnym” i „Znaku” przedstawiał się jako Andrzej Jawień, od 1961 – Stanisław Andrzej Gruda. Maria Gariela Korwin-Piotrowska używałą nicka (jak dzisiaj napisalibyśmy) Gabriela Zapolska!
Poczet anonimów jest wielki i trudno ich wszystkich wepchnąć do jednego pudełka. I nikt nie próbuje, bo oni swoją anonimowość przekuli na rzeczywistą wartość. Niżej podpisanemu nie chodzi bynajmniej o tak daleko idące porównania, mam w sobie zbyt wiele pokory wobec Słowa. Chodzi o pokazanie niekonsekwencji w podejściu do anonimowego pisania.
Dla mnie osobiście tworzenie bloga pod nickiem jest prawdziwą próbą pisania odpowiedzialnego. Przecież nikt nie zna mojego nazwiska, mogę tu napisać w zasadzie wszystko. Że ten ma taką kochankę, tamten to typ spod ciemnej gwiazdy, a ta to… itd. Blog jest poza granicami Polski, a zatem hulaj dusza! Nawet, jeżeli ktoś będzie się czegokolwiek domyślał, to w życiu żadnych dowodów na to nie zdobędzie.
A jednak nie uciekam w błoto. Nie robię tego, bo tak w realu, jak i w wirtualu nigdy nikogo błotem nie obrzucałem. Tu na blogu udawadniam, że teza o „blogu zemsty” to piramidalna bzdura.
I może to właśnie jest najgorsze. Skoro ten blog ma tak wielką popularność, to trzeba go wepchnąć do pudełka z odpowiednią etykietką.
Nikt nie zna moich kochanek czy skłonności seksualnych, trudno zatem znaleźć realnego haka. Tym hakiem muszą być zatem zamienniki w postaci zarzutu anonimowości i rzekomych powodów działania. Cóż innego pozostaje? Jeżeli nie wrzucić do pudełeczka, to może przyznać rację? A w życiu! Przecież poszłoby to na konto anonima, a nie na konkretne, znane nazwisko!
Już krótka historia tego bloga udawadnia, że ludzie dzielą się na tych, którzy nawet anonimowo potrafią trzymać klasę i na tych innych. Olbrzymią zaletą anonimowego bloga jest to, że potrafi wyciągnąć na wierzch prawdę o człowieku. Tu nie trzeba się zgrywać i udawać kogoś innego. Może właśnie dlatego taki blog stanowi zagrożenie dla zdefiniowanych publicystów. Ktoś (nie wiadomo kto) pisze coś, co oni sami woleliby wpisać dla chwały własnego nazwiska! Takie marnotrawstwo!
Jeszcze większym zagrożeniem takie blogi są dla wydawców. Potężny koncern medialny bywa krytykowany przez publicystów podpisujących się imieniem i nazwiskiem. Przeciwnik jest jasno określony, obliczalny. Blog to w zasadzie atak partyzancki. Nic do końca nie jest pewne, wydawca musi się pilnować na każdym kroku.
Musi zacząć dbać o prawa pracownicze, musi powstrzymywać język, przemyśleć każdą decyzję. Bo nagle partyzanci mogą coś napisać, albo nie daj Boże, założyć związki zawodowe! I wtedy dopiero byłby problem! Wyrobnicy Słowa i Obrazu nagle zaczęliby stawiać jakieś żądania! A to byłby koniec świata – i początek normalności.
Dawid