Sierpień 27 2010

Łzy tanio sprzedam

Taggi : , , , , , , ,

lza 2Kończą się wakacje, czas powrócić do pisania. Tematów nie brakuje, choć kiedyś okres urlopowy był nazywany ogórkowym. Niestety, nie w tym roku. Oba nasze brukowce (Fakt i Superak) solidarnie poszły na całość w ostatecznej rozprawie z prawdziwym dziennikarstwem. Doszlusował TVN, potwierdzając swoją opinię tabloidu wśród telewizji.

Chodzi o tragedię z Bytomia. Siedmioletni Pawełek zostaje rażony prądem, płynącym przez ogrodzenie okalające plac zabaw. Piszą i mówią o tym wszyscy. Nic dziwnego – sprawa jest bulwersująca. W grę wchodzi albo niedbałość, albo celowe działanie robotników z pobliskiej budowy. Sprawa nie podlega dyskusji – o tym trzeba pisać. To leży w interesie społecznym. Trzeba ostrzegać, aby już nigdy nigdzie do takiej tragedii nie doszło.

Dla Super Expressu i Faktu (TVN zresztą też) taka misja społeczna to stanowczo za mało. Trzeba porazić Czytelnika, trzeba jemu sprzedać cały ogrom emocji. Oba tabloidy decydują się na rzecz straszną – publikują zdjęcia zrozpaczonego ojca, który tuli do piersi martwego synka. To samo pokazuje TVN. Dziennikarz telewizyjny pokazywany jest w reportażu, jak z pełnym poświęceniem próbuje dotrzeć do matki chłopca. Zatrzymuje go babcia mówiąc, że u mamy Pawełka jest w tej chwili psycholog.

Jakie pytanie chciał zadać dziennikarz TVN matce Pawła? Proponuję następujące warianty: „czy bardzo bolało, kiedy usłyszała Pani o śmierci syna?”, „Czy zapłakała Pani i zemdlała na tę wiadomość?”, ‘czy mogłaby Pani opowiedzieć naszym widzom o Swoim cierpieniu?”, ‘czy Bóg się odwrócił od Pani i Pawełka?”. Arsenał takich pytań jest zapewne spory.

O czym myślał fotoreporter strzelający fotkę zrozpaczonemu ojcu z martwym synem w ramionach? O premii, którą dostanie za to unikalne ujęcie? O tym, że jest świetnym fachowcem, skoro dotarł na czas? O tym, co sobie kupi za większą w tym miesiącu wypłatę?

O czym myśleli wydawcy, dopuszczając takie materiały do publikacji? O tym, że nic tak nie ożywia ‘jedynki”, jak świeży trup? O tym, że foto sprawił się dobrze i Czytelnicy będą mieli wspaniałą ucztę z rozedrganych emocji? Że ten numer gazety trzeba puścić w zwiększonym nakładzie? Że ten materiał na wizji zwiększy oglądalność?

Jak zareagowali Czytelnicy wspomnianych brukowców? Pod zdjęciami kilkadziesiąt komentarzy, domagających się usunięcia fotek. Określenia „hieny”, „sępy” należą do najdelikatniejszych. To Czytelnicy przypominają „dziennikarzom” Faktu i Superaka o czymś tak ulotnym, jak etyka dziennikarska. Zdjęcia jednak nie znikają – znikają za to niewygodne komentarze (sprawdziłem).

Kolejna granica została przekroczona. Media same z siebie przyznały sobie prawo wkraczania w najintymniejsze obszary życia. W imię prawa do informowania gotowe są pokazać autentyczne cierpienie, ból, łzy, rozpacz. Po to, aby każdy z Czytelników (widzów) mógł samodzielnie, własnym paluchem pogrzebać w autentycznej ranie. W normalnym życiu odbiorca prasy raczej nie ma zbyt często okazji do takiego oglądactwa. Nie ma – a my dajemy taką możliwość!

Zobacz, drogi Czytelniku (Widzu), jak płacze ojciec, który trzyma w ramionach martwe dziecko! Widzisz, jak go to boli? Zwróć uwagę na twarz – jakie cierpienie się na niej maluje! Te łzy są prawdziwe – i Ty możesz je oglądać dzięki nam! Czegoś takiego jeszcze w życiu nie przeżyłeś! Teraz my damy Ci słodko-mdlącą papkę słowną, opisującą tę straszną tragedię i zdjęcia – a Ty masz się wzruszyć i zapłakać!

Co z tego, że takie zdjęcia to kolejna trauma dla rodziców Pawła? Oni są tylko aktorami w tym medialnym spektaklu! Ofiarami rzuconymi na ołtarz prawa do informacji. Kogo obchodzi, że może taką tragedię chcieliby przeżywać w samotności? My media będziemy decydować, co wolno pokazać. Jaką kolejną granicę dziennikarzom wolno przekroczyć.

Dlaczego? Bo nikt nie jest w stanie nam tego zabronić! Załóżmy, że po skandalicznej publikacji zdjęć ojca trzymającego w ramionach martwego synka rodzina Pawła odda sprawę do sądu. Bez wątpienia wygra. Może 30 tys. zł, może 50. W każdym razie nie więcej, niż 200 tys. Tak u nas skonstruowane jest prawo, że nikt na własnej krzywdzie nie powinien zarabiać. Są to śmieszne kwoty w stosunku do poczynionych krzywd. Takie pieniądze redakcja brukowca ma już przygotowane na ewentualność procesu. Kalkulacja zysków i strat wykazuje, że szokowanie przysparza odbiorców, a co za tym idzie – zwiększa zyski. Odszkodowanie dla skrzywdzonej rodziny wrzuci się w koszty. A etyka dziennikarska, o której przypominają co bardziej wrażliwi Czytelnicy brukowców? Ona zysków nie przyniesie…

Dawid

Maj 22 2010

Wolny człowiek!

Taggi : , , , , ,

Dostaliśmy oświadczenie Grześka Dudzińskiego, pracownika Faktu. Był on posądzany o to, że jest Dawidem. Faktowcy dla ośmieszenia przytaczali Jego teksty. m.in. o bioenergoterapeucie Słodkowskim i o polskich pilotach, którzy widzieli UFO. Nie udało się – te wzmiankowane artykuły były normalną pracą dziennikarską. Przykre – nie dał się ochlapać błotem…

Przyznam, że Grześka naprawdę szanuję. To facet, który wierzy w ideały. Wiem, że nie napisze niczego, w co nie wierzy. W Fakcie wysyłali Go do Włocławka, żeby „przeprowadził” wieloryba Bolka przez zaporę. On im pokazał wała – do Włocławka pojechał niejaki Kowalczyk. Dudziniak jako pierwszy oświadczył, że może pracować w niedzielę, ale z uwzględnieniem nadgodzin lub dnia wolnego od pracy w ciągu tygodnia.

Grzegorz Dudziński to w końcu pierwszy pracownik Faktu, który wytoczył redakcji proces o mobbing. Nie wiadomo, o jaką kwotę odszkodowania chodzi. Sam Grzegorz nie odpowiada na żadne pytania – do chwili rozstrzygnięć sądowych.

Oto nadesłane oświadczenie:

Pragnę poinformować, że od 1 czerwca nie będę już pracownikiem Faktu. Redakcja ta uznała, że jestem za drogi na czasy kryzysu. Usłyszałem, że gwizdną i na moje miejsce będą mieli tłum ludzi z ulicy, którzy nie będą pyskować i spełnią każde polecenie. Ja nie reaguję na gwizdy. Jestem dziennikarzem z dużym stażem zawodowym, po studiach na UW, z nagrodą SDP “Za wybitne osiągnięcia dziennikarskie”. Pewnie będę gdzieś pisać – byłbym wdzięczny za przesyłanie info na adres: lik.stowarzyszenie@gmail.com
Dzięki wielkie za lata współpracy – w “Superaku” i w “Fakcie”. Fajnie było współpracować z profesjonalistami. Bo takich było wielu. O pętakach szkoda mówić tu I teraz. Lepiej na sali sądowej….
Pozdrawiam – Grzegorz Dudziński (aktualna kom. 509-76-76-89)

Grzesiek – trzymamy za Ciebie kciuki. Mam nadzieję, że po wygranym procesie napiszesz odcinek naszego bloga. Albo kilka odcinków – Dawid

Maj 05 2010

Ponury chichot Putina

Taggi : , , , , , , ,

putinczapaDzisiejszy odcinek to tłumaczenie art. rosyjskiego komentatora Georgija Gorfina. Ten tekst ktoś próbował umieszczać na stronie Salonu 24, administrator skutecznie go kasował. Ktoś w końcu wysłał go do nas jako wiadomość – z linkiem do oryginału. Przerażający tekst. Przeraża żelazną logiką, popartą wiedzą o putinowskiej Rosji, o putinowskich realiach. Przeczytajcie zresztą sami…

Dawid
http://www.rupor.info/analitika/2010/05/01/v-ubi…

“W zabójstwie Lecha Kaczyńskiego widać styl Putina”

Teraz, gdy ciała Prezydenta Polski Lecha Kaczyńskiego i jego współtowarzyszy spoczywają w ziemi, najwyższy czas, aby wymienić tych, którzy zorganizowali katastrofę samolotu, dobijanie w miejscu upadku samolotu ocalałych Polaków i nieustannie dezinformują światową społeczność co do wyników tak zwanego „śledztwa”. Wiadomo, że „śledztwo” katastrofy przebiega pod kierownictwem tych samych osób, które zorganizowały rozbicie się samolotu i posłały komandosów do „oczyszczenia terenu” z tych, którzy przeżyli. Wiadomo, jakie będą „wyniki śledztwa” przeprowadzonego przez osoby, których głównym zadaniem jest zatarcie śladów zbrodni. Gdy ci sami zabijają i ci sami prowadzą śledztwo, sprawcy zazwyczaj pozostają niewykryci. Jednakże istnieje światowa społeczność. Potomek jednego z naszych kolegów znajdował się na stanowisku, przez które przechodziło duża ilość pierwotnych informacji z miejsca katastrofy. Wiele szczegółów znamy z pierwszej ręki. Porównanie tekstów rosyjskiej propagandy z materiałami pochodzącymi ze źródeł pierwotnych umożliwia wniesienie poprawek do powszechnie znanych informacji. Niech będzie to naszym wkładem w śledztwo jednej z najbardziej bezczelnych zbrodni 21 wieku. Poprawka pierwsza. Powszechnie wiadomo, że od pierwszych minut po katastrofie zamiast informacji płynących z lotniska „Północne”, w eter poszła pośpiesznie sklecona dezinformacja kiepskiej jakości.
Dezinformowano dokładnie o wszystkim, co się działo naprawdę. O gęstości mgły, o dźwiękach, jakie słyszeli spotykający. O czterech podejściach do lądowania. O rzekomym rozkazie samego Kaczyńskiego posadzić samolot w Smoleńsku. O tym, że w ten sam sposób omal nie doprowadził do rozbicia samolotu w Gruzji. O zachowaniu różnych służb oraz rzekomej „barierze językowej”. O tym, o czym naprawdę zeznawali miejscowi mieszkańcy, przede wszystkim lotnicy i pracownicy lotniska. O każdy drobiazg.

Mieliśmy możliwość odtworzenia procesu powstawania czekistowskiego kłamstwa w trybie on line. Wyraźnie zarysowały się dwie tendencje. Jedna polega na przeinaczaniu wiadomości tak, że dane wyjściowe stają się zupełnie różne od danych wejściowych. Często są wręcz przeciwieństwem informacji, która rzekomo była podstawą ogłoszonych oficjalnych komunikatów.

Zestawienie wiadomości na wejściu i wyjściu w trybie online pozwala na stwierdzenie, że wszystkie materiały bez wyjątku były poddawane przeróbce według jednej konkretnej „odgórnej” wytycznej. Taka przeróbką zajmowali się nie tylko dziennikarze poszczególnych czasopism (choć oni także), ale przede wszystkim oficjalne rosyjskie agencje informacyjne.

Wszystkie rosyjskie agencje informacyjne i mass media – „przekaziory” musiały przekonać swoich czytelników, słuchaczy i widzów, że „samolot rozbił się z winy załogi, która nie sprostała swojemu zadaniu w trudnych warunkach pogodowych”.
Drugą tendencję tworzenia czekistowskiego kłamstwa w trybie online można określić następująco: na wejściu całkowity brak jakichkolwiek informacji z miejsca zdarzenia. Natomiast na wyjściu – niewiadomo skąd pojawiają się „wiarygodne wiadomości”, w tym rzekome informacje z ostatniej chwili z miejsca katastrofy. Informacje te oczywiście nie pochodzą z miejsca upadku samolotu. Chyba nie ma potrzeby wyjaśniać, że najczystsze wymysły na wyjściu preparowano według wspomnianej już dyrektywy – „samolot rozbił się z winy załogi, która nie sprostała swojemu zadaniu w trudnych warunkach pogodowych”.

Z pierwszej poprawki wynika, że wytyczna, według której zbierano się do kłamania po katastrofie, została opracowana jeszcze przed rozbiciem samolotu Lecha Kaczyńskiego. Natomiast zamieszanie i rozbieżności były spowodowane przede wszystkim przesadnym wysiłkiem kremlowskich propagandystów, którzy starali się ze wszystkich sił, by skłamać jak najbardziej wyraziście i przekonująco.

W pierwszych minutach zdarzenia nie mogą pojawiać się jasne i jednoznaczne informacje. Dla porównania przypomnijmy sobie przynajmniej jeden przykład, jak zachowują się kremlowskie agencje informacyjne i mass media, gdy nie ma żadnej zawczasu przygotowanej wytycznej. Gdy zmarł pierwszy prezydent Rosji Borys Jelcyn, wszystkie rosyjskie mass media przez kilka godzin milczały, jakby wepchnęły języki w jedno miejsce. Wszystkie duże zachodnie już dawno ogłosiły tę wiadomość, gdy na Kremlu dopiero opamiętano się i wydano wskazówkę, jak i co ogłaszać.
Po katastrofie samolotu Lecha Kaczyńskiego wskazówka „jak i co ogłaszać” pojawiła się od razu. Oznacza to, że były osoby odpowiedzialne, które zawczasu wiedziały, że samolot spadnie.

Poprawka druga. Nasi eksperci obejrzeli wszystkie dostępne materiały wideo i doszli do następującego wniosku. Nawet gdyby straż pożarna w ogóle nie przyjechała i wszystkie te fragmenty samolotu, które żarzyły się w pierwszych minutach filmowania (materiał wideo Andrieja Mienderieja), spłonęły całkowicie, nie mogło być mowy o żadnych „dwudziestu nierozpoznawalnych zwłokach”. Nawet przy tym stromym stopniu kątowym, pod jakim zwalono samolot prezydenta Polski.

Nie mówiąc już o tym, że pożar szybko zgaszono (widać to na późniejszych zdjęciach tych samych fragmentów samolotu) oraz że traf chciał, iż większość „nierozpoznawalnych” to wojskowi i ochroniarze prezydenta. Nie da się zwrócić bliskim ciała „ofiary katastrofy lotniczej” z rosyjską kulą w głowie, jak w 1940 roku.

Takie zwroty jak „uspokój się!”, „nie zabijajcie nas!”, „patrz mu w oczy!”, „dawaj pistolet!” w języku polskim mogły zostać wypowiedziane tylko przez pasażerów samolotu. Natomiast komenda w języku rosyjskim: „Wszyscy z powrotem, wychodzimy stąd!” mogła być oddana przez dowódcę oddziału specjalnego, który rozstrzeliwał rannych Polaków.
O innych momentach w filmie nawet nie ma co mówić. Kto jeszcze wczesną wiosną – 10 kwietnia, rankiem, mógł stać w samej białej koszuli w zimnych smoleńskich lasach, obok samolotu, który przed chwilą runął, oprócz członka załogi? Inne znane i bezpośrednie dowody Katynia – 2 każdy zdrowy człowiek może zobaczyć sam.

Putin i Tusk
Swoją drogą, nasz kolega – w przeszłości starszy oficer oddział specjalnego Ministerstwa Obrony, twierdzi, że po zawaleniu operacji (wideo, które zdążył sfilmować Andriej Mienderiej) jej wykonawcy już nie żyją. Tak samo jak i strzelcy drugiego eszelonu – ci, którzy brali udział w likwidacji nieudolnego oddziału specjalnego.

Polacy, którzy przeżyli katastrofę, zrozumieli, że komandosi „w czarnych ubraniach” (w filmie) przyszli ich zabić i odstrzeliwali się. To słychać w filmie. Wykonawcy dyspozycji Putina „pracowali” z tłumikami. Ale nagranie wideo z dźwiękiem i widokiem zarówno atakujących jak i ocalałych zdemaskowało wszystkie ich wybiegi.

Dlatego jedne „rosyjskie osoby oficjalne” przez dwa tygodnia nie mogą podrobić treści „czarnych skrzynek”, a drugie, pojąwszy, że sprawa pali się, puściły do mass mediów balon próbny na temat „kaukaskiego śladu” w rozbiciu się samolotu prezydenta Polski. Ciąg dalszy nastąpi, rosyjskie i polskie „osoby oficjalne” dopiero rozpędzają się. Jednakże nie zdołają już zatrzeć śladów.

Z drugiej poprawki dochodzimy do wniosku, że „oficjalne dane” na temat „materiału genetycznego” zamiast ciał 21 Polaków nie są zgodne ze stanem szczątków samolotu. Oznacza to, że zginęli z innej przyczyny. Przyczynę tę wyjaśnia film Andrieja Miendierieja. Poprawka trzecia. Wszyscy eksperci jednogłośnie przytoczyli paralelę z niedawnego upadku samolotu przy lądowaniu na lotnisku Domodiedowo w Moskwie. Ale warunki tam były zupełnie inne. Załoga samolotu Ту-204 lecącego z Egiptu była na nogach od wczesnego ranka, czyli prawie całą dobę. Po odlocie z Moskwy do Hurghady nastąpiło krótkie spięcie kabla i pojawiło się dymienie. Po przebyciu sporej odległości trzeba było zawracać. Oczywiście nerwy wszystkich były napięte.

Po wymianie instalacji załoga tym samym samolotem, z tymi samymi pasażerami znowu poleciała do Hurghady. Trzeba było namawiać i uspokajać pasażerów, że nie ma więcej żadnego niebezpieczeństwa. Bezpośredni lot do Hurghady trwa, w zależności od typu samolotu, około 5 godzin. Przylecieli do Egiptu. Z uwzględnieniem awaryjnego powrotu i remontu, załoga Ту-204 miała już przepracowane 9 godzin. Norma godzin lotu została wyczerpana. Normalnie należało iść odpocząć.
Co robić – zamawiać hotel i płacić za postój samolotu? Strata tym większa, że planowych pasażerów już wywieziono na lot powrotny. Kompania lotnicza za to nie podziękuje. Zgodzili się więc lecieć z powrotem.

Niedaleko od Moskwy popsuł się sprzęt nawigacyjny. W odróżnieniu od polskiego samolotu panowała głęboka noc, i 21-22 marca nad całą Moskwą stała gęsta mgła. Lądowanie według przyrządów „koszących” nie udało się, załoga zmęczona i rozdrażniona, a tu jeszcze radiowy wysokościomierz zawył. Dokucza, że niby to ziemia jest blisko – a idź ty…! W rezultacie – typowy błąd zaufanego do siebie doświadczonego pilota, który setki razy sadzał samolot w podobnych warunkach. Prawie na lotnisku macierzystym.

Na smoleńskim lotnisku „Północny” nic podobnego nie miało miejsca. Nie była to noc, nie było takiej mgły, załoga nie była zmęczona, nie musiała spędzić całego dnia w napiętej i nerwowej atmosferze. Sytuacja normalna, załoga wypoczęta i czujna. Sprzęt nawigacyjny pracuje doskonale, aż do postronnej ingerencji w sterowanie samolotem na małej wysokości.

Z trzeciej poprawki dochodzimy do wniosku, że warunki pogodowe i stan załogi w danym przypadku nie mogły być główną przyczyną katastrofy.
Poprawka czwarta. Oba samoloty, których wypadki były porównywane przez ekspertów, są podobnego typu. W Smoleńsku ТU-154, w Domodiedowo ТU-204. Samolot, który leciał z Hurghady, też spadł do lasu, i także oderwało mu skrzydła. W efekcie – dwie osoby w oddziale reanimacji, reszta odniosło rany różnego stopnia ciężkości. Po upadku w lesie samolotu podobnego typu w chwili znalezienia szczątków Tu-204, który leciał z Hurghady, wszystkie osoby żyły!

Rzecz jasna, jest różnica między upadkiem samolotu z kilkoma członkami załogi (ТU-204 w Domodiedowo) a upadkiem samolotu z 96 osobami na pokładzie. Ale samolot polskiego prezydenta był załadowany mniej niż na dwie trzecie. Pokład ТU-154 może mieścić 163 osoby. Jeśli samolot jest załadowany mniej niż na 2/3, można nim sterować bez trudu.

Następna okoliczność – polski samolot po zaczepieniu skrzydłem drzew obrócił się. Jednakże podczas lądowania załoga i pasażerowie muszą mieć zapięte pasy. Nie ma powodu do przypuszczenia, że tego przepisu nie przestrzegano przy lądowaniu w niezbyt gęstej, ale jednak mgle.
Ostatnia okoliczność mogąca wpłynąć na liczbę ofiar śmiertelnych to kąt ataku samolotu w momencie uderzenia o ziemię. Istnieje informacja od doświadczonych lotników wojskowych, że TU-154 Lecha Kaczyńskiego „schodził do lądowania, jak myśliwiec”. Czyli pod bardziej stromym kątem niż zwyczajnie. To faktycznie może zwiększyć liczbę ofiar śmiertelnych. Świadczą o tym także szczątki samolotu oraz ich rozmieszczenie.

Wersja oficjalna – „podczas katastrofy zginęli wszyscy”. Orzeczenie ekspertów: prawdopodobieństwo zgonu wszystkich co do jednej osoby w samolocie polskiego prezydenta jest takie same, jak gdyby woda z odkręconego kranu poleciała do góry zamiast na dół – prosto do sufitu. Innymi słowy, prawdopodobieństwo, że w tej katastrofie zginęły wszystkie 96 osób znajdujących się na pokładzie samolotu TU-154, jest zerowe. Z czwartej poprawki dochodzimy do wniosku, że w każdym przypadku ktoś z pasażerów musiał przeżyć katastrofę polskiego samolotu, a może nawet uniknąć zranień. Wszyscy zginąć mogli tylko w jednym przypadku: jeżeli oddział specjalny dobił ich już po upadku.

Nie jesteśmy w stanie nawet wymienić liczby dostrzelonych – liczba ta waha się od 10 do 21 osób. Zgodnie z oceną najbardziej doświadczonych ekspertów, nierozpoznawalnych (zmasakrowanych lub spalonych) mogło być najwyżej 10 – 12 ciał. Nie wszyscy podczas katastrofy znajdowali się w przedniej części samolotu. Płomień szybko zgaszono. Naprawdę nie rozpoznawalnych zwłok na miejscu upadku zapewne było bardzo mało lub nie było w ogóle. A więc „jedynie materiał genetyczny pozostały po 21 osobach”, o którym mowa w wersji FSB, w rzeczywistości jest liczbą osób, którzy przeżyły katastrofę prezydenckiego samolotu Lecha Kaczyńskiego. Dobili ich rosyjscy komandosi, po czym wywieźli i zamienili w kawałki spalonego mięsa, aby ukryć ślady zbrodni.

Poprawka piąta. W jaki sposób zorganizowano rozbicie samolotu polskiego prezydenta? Eksperci nam wyjaśnili, że to bardzo proste. Samolot został strącony przez rosyjskie specsłużby na małej wysokości, po podmianie parametrów lądowania. Tego dokonać można kilkoma sposobami. Na przykład, poprzez sekundowe zmanipulowanie systemu naprowadzania na niedużym wysokości tuż przed lądowaniem.
Albo poprzez impuls elektromagnetyczny skierowany do bocznych kanałów sterowania samolotem (sterów, lotek) przed lądowaniem. Piloci wszystko widzieli i rozumieli, ale nic już nie mogli zrobić. Zabrakło czasu.
Właśnie dlatego, aby ukryć ślady zbrodni, ocalałych członków załogi i tych, którzy mogli słyszeć ich rozmowy, należało dobić na ziemi.
Wykonawcy rozkazu Putina przeliczyli się jednak w tym, że wśród ocalałych były osoby uzbrojone i odważne, które nawet w tej sytuacji stawiały czynny opór. Oddział specjalny nie mógł bez przeszkód powystrzelać rannych Polaków w przewidzianych ramach czasowych. Musiał zatrzymać się na miejscu kaźni, gdzie ich zastały osoby, które przybiegły na miejsce katastrofy, przede wszystkim Andriej Mienderiej, który nagrywał sytuację kamerą.

Następnie wszystko potoczyło się dokładnie według przewidzianego w Kremlu planu. Miejsce katastrofy zostało otoczone, nikogo nie przepuszczano, a ciała ofiar katastrofy lotniczej i zastrzelonych na ziemi wywieziono. Ślady napadnięcia i egzekucji zostały usunięte.
Ta poprawka jest kluczem do zrozumienia, co się zdarzyło; wyjaśnia ona wszystko, i komentarze tu nie są potrzebne. Poprawka szósta. Dlaczego Putin postanowił popełnić zbrodnię na swoim terytorium? Zdaniem ekspertów, w ten sposób strącić samolot i zapewnić wiarygodne przykrycie aktu terrorystycznego można jedynie na terytorium całkowicie kontrolowanym przez rosyjskie służby specjalne.
Po pierwsze, niezbędnego impulsu elektromagnetycznego nie można nadać na odległość tysięcy kilometrów. A na system naprowadzania oddziaływać można tylko ten, kto siedzi za pulpitem kontrolera lotów lub kontroluje go z zewnątrz. Ale owo „z zewnątrz” powinno być tuż obok, na niedużej odległości.
Po drugie, na swoim terenie są najlepsze możliwości zatarcia śladów. Co miało miejsce od pierwszej sekundzie po katastrofie, ma miejsce obecnie i dopiero nastąpi, gdy zaczną ogłaszać wyniki oficjalnego „wspólnego” śledztwa. Eksperci wymienili mnóstwo pozycji. Niezbędność dwukrotnej wymiany fizycznych źródeł zakłóceń – „żarówek” przed przylotem samolotu Kaczyńskiego i od razu po katastrofie.
Dostrzelić tych, którzy przeżyli, rozerwać na strzępy i spalić ciała zastrzelonych pasażerów i członków załogi. Zapewnić „tajemnicze zniknięcie” dowodów, na przykład, broni, z której odstrzeliwali się ochroniarze Lecha Kaczyńskiego i wojskowi, którzy przeżyli katastrofę.
Wyszukiwać naboje wystrzelone przez oddział specjalny i polskich wojskowych w szczątkach samolotu i drzewach w miejscu egzekucji. Podrabiać wskazania „czarnych skrzynek”. Podawać wykaz pogody oraz inne parametry katastrofy niezbędne do potwierdzenia fałszywej wersji o rzekomej „winie załogi, która nie zdołała wylądować w trudnych warunkach pogodowych”. Itd.

Z szóstej poprawki dochodzimy do wniosku, że rozwiązanie techniczne zamachu, a przede wszystkim „środki przykrycia” wymagały, aby samolot został strącony na terytorium kontrolowanym przez putinowskie specsłużby. Przechodzimy do poprawki siódmej – „celowości politycznej” (z punktu widzenia Kremla) tego aktu terrorystycznego.

Lech Kaczyński był względnie bezpieczny, dopóki Putin nie upatrzył sobie „polskiego Janukowycza” – ciężko myślącego „przyjaciela Rosji”, polskiego premiera Donalda Tuska. Był to zwrot, po którym czekistowską wierchuszkę Rosji zajmowało tylko jedno: jak przeczyścić drogę dla swojej marionetki lub komuś podobnego z tegoż grona „przyjaciół Rosji”. Wiedząc o zwyczajach i wcześniejszych czynach Putina, nietrudno domyśleć się, w jaki sposób planowali tego dokonać. Co i jak oni zrobili, cały świat dowiedział się rankiem 10 kwietnia.

Z siódmej poprawki dochodzimy do wniosku, że stawka Kremla na „polskiego Janukowycza” – Donalda Tuska, jego towarzyszy i elektorat uruchomiła mechanizm fizycznej likwidacji Lecha Kaczyńskiego. Najlepiej razem z najwybitniejszymi jego zwolennikami. Metody – najzwyczajniejsze z arsenału Putina oraz jego towarzyszy z KGB.
Poprawka ósma. Na co liczyli organizatorzy zamachu w tak ryzykownej sprawie? Przecież skutki naprawdę mogą być – i niechybnie będą – najbardziej niekorzystne dla Kremla. Nic nowego: tak samo, jak i w ciągu ostatnich dziesięciu lat, stawiano na najzwyczajniejszych durniów.
Przywódców państw zachodnich na Kremlu zawsze uważano za nieco głupawych. Takich, którzy przysłuchują się opinii swojego społeczeństwa i obnoszą się z jakimiś prawami człowieka, jak kurwa z kapeluszem. Tę tezę ja mogę uzasadnić i zaświadczyć osobiście.

Na Kremlu po dziś dzień uważają, że nikt nie uwierzy, iż lider Federacji rosyjskiej mógł zdecydować się na coś takiego. Zobowiązać swoich podwładnych do zorganizowania zabójstwa prezydenta innego państwa na swoim terytorium! Nie uwierzą także własnym oczom i uszom. Nawet gdyby politykom i mieszczanom z krajów dobrobytu zostały przedstawione niezbite dowody – i tak nie uwierzą.

W głowach zachodnich obywateli są własne wyobrażenia na temat granic kremlowskiego podstępu. Takie ryzyko! Takie okrucieństwo! Po co? Moi drodzy, przecież to Rosja! Tu nigdy nie było inaczej. Kto nie ryzykuje, ten nie pije szampana!

I nikt z zadowolonych sobą mieszczan nie przypomni sobie prawdziwej twarzy Putina, gdy ten w porywie nieokiełznanego gniewu obiecał „powiesić za jaja” prezydenta Gruzji Micheila Saakaszwilego. Mówił to w obecności przywódców krajów zachodnich.
Nikt nie przypomni sobie szczerego żalu Putina, że nie udało się do końca otruć Wiktora Juszczenki. Prezydenta Ukrainy – państwa, które, zgodnie z publiczną wypowiedzią Putina, „w ogóle nie istnieje”.
Nikt nie przypomni sobie nadania przez Putina trucicielom prezydenta Ukrainy Wiktora Juszczenki stopni generałów rosyjskich resortów siłowych i specsłużb.
A przecież Lech Kaczyński był trzecim prezydentem sąsiedniego państwa po Saakaszwilim i Juszczenką, którego Putin nienawidził bardziej od pozostałych. Nikt nie spodziewał się takiego spotkania? Do tego jest szkoła rosyjskich specsłużb. Wśród ścian KGB Putin był długo szkolony do działań zaskakujących i niespodziewanych dla przeciwnika.
Z ósmej poprawki dochodzimy do wniosku, że Putin zawsze mordował ludzi, których uważał za swoich wrogów. Przy czym zawsze ryzykował, przeprowadzając najbardziej skandaliczne operacje specjalne, w tym za granicą. Lech Kaczyński znajdował się w pierwszej trójce wrogów Putina i był jedynym, do którego mógł dobrać się. A tu jeszcze „polski Janukowycz” nadarzył się.

Co zaś tyczy się liczenia Kremla na beznadziejne durnie, którzy nie dadzą wiary nawet niezbitym dowodom popełnionej zbrodni, to na dzień dzisiejszy sprawdza się to nawet w Polsce. Poprawka dziewiąta. Każdy człowiek posiada swoją „firmową” cechę określającą jego postępowanie. Posiada ją także Putin. Zachód tak i nie potrafił prawidłowo odpowiedzieć na pytanie: „Who is Mister Putin?”. Słusznie zauważono jego skłonność do rozwiązań siłowych, ale to drobiazgi.

Wyróżniająca cecha Putina od razu rzuca się w oczy. Jest to skrajne okrucieństwo na granicy szaleństwa. Uczniowie w Biesłanie we wrześniu 2004 roku. Rozkaz Putina – przerwać negocjacje i zielone światło do spalania dzieci z dział czołgów. W efekcie – ponad 350 ofiar śmiertelnych, grubo ponad 500 rannych, włącznie z najlepszymi komandosami rosyjskich oddziałów specjalnych wystawionych na ogień zaporowy powstańców. Ogromna ilość inwalidów.
Zakładnicy w teatrze muzycznym „Nord-Ost” na moskiewskiej Dubrowce w październiku 2002 roku. Powstańcy zabili trzech osób, na rozkaz Putina otruto co najmniej 174 widzów spektaklu. To tylko te ofiary śmiertelne, których rodzinom udało się udowodnić ich nazwiska. Fałszywej oficjalnej liczby nawet nie warto wymieniać.

Od swojego patrona nie odstają zaufani Putina, na przykład, „mały Kadyrow”. Dzisiaj oni popełniają bestialstwa, które raz już były poddane ocenie prawnej w Norymberdze. Całe najbliższe otoczenie Putina to naturalni kandydaci na ławę oskarżonych Międzynarodowego Trybunału Wojennego. Co jeszcze należy wiedzieć, aby przewidzieć postępowanie Putina i jego podwładnych przy spotkaniu zajadle znienawidzonego na Kremlu prezydenta sąsiedniego państwa?

Z dziewiątej poprawki dochodzimy do wniosku, że zabójstwo Lecha Kaczyńskiego i 95 jego współtowarzyszy pasuje do podstawowej charakterystyki Putina tak samo dokładnie, jak nabój do komory.
Poprawka dziesiąta. Punkty przełomowe w biografii Putina. Są monotonne, ale bardzo wymowne w świetle zabójstwa Lecha Kaczyńskiego oraz znacznej części polskiej elity. Czy pozostały jeszcze jakieś wątpliwości, gdy jesienią 1999 roku wysadzono domy w Moskwie i Wołgodońsku? Przy czym na poziomie rządowym zawczasu wymieniono miejsce wybuchu! Nawet Adolf Hitler nie pozwalał sobie wysadzać spokojnie śpiących Niemców. Ograniczył się do podpalenia Reichstagu.

A nieprzerwany szereg „tajemniczych” zabójstw poważnych przeciwników politycznych Putina, obrońców praw człowieka, dziennikarzy, przedstawicieli organizacji młodzieżowych i publicznych? Od momentu, gdy Putin otrzymał władzę, zabójstwa polityczne w Rosji i poza jej granicami stały się codziennością.

Bezbronnym kobietom w bramie strzelają w plecy lub mordują prosto w putinowskiej milicji. Zdrowych mężczyzn wyrzucają przez okna, trują i strzelają zza rogu. Aby złamać niepokornych, rosyjskie struktury siłowe spalają ich domy, porywają ich dzieci i mordują ich rodziców. O czym jeszcze trzeba wiedzieć, aby po kolejnej zbrodni władzy rosyjskiej nie ględzić: „Tego nie może być! Na to nikt nie pójdzie!” i podobne głupoty.
Z dziesiątej poprawki dochodzimy do wniosku, że cała dotychczasowa biografia Putina jest nasycona takimi samymi monotonnymi zbrodniami, jakie popełniono 10 kwietnia na lotnisku „Północne”. Byłoby nawet nieco dziwne, gdyby Putin nie spróbował przynajmniej otruć swoich wrogów.
Teraz podchodzimy do istoty zagadnienia. Pozycja jedenasta – styl Putina. Postępowanie każdego zbrodniarza posiada charakterystyczne cechy i niuanse, które są nie do podrobienia. Nawet gdyby ktoś bardzo tego chciał – nie da rady.
Przyjrzyjmy się przykładom.

Akt terrorystyczny w lutym 2004 roku w stolicy Kataru Ad-Dauhy. Wysadzono znienawidzonego przez Kreml Zelimchana Jandarbijewa oraz jego 13-letniego syna. Źle przygotowani dywersanci z Moskwy wpadli jak frajerzy. W wynajętym samochodzie zostawili skrawki kabli i kawałki taśmy izolacyjnej. Zostali schwytani , jak należało. Putin dopiął, aby zwrócono ich Moskwie.
A teraz uwaga! Podchodzimy do najważniejszej rzeczy. Przekazanych z Kataru bandytów średniej rangi na lotnisku spotykano jak głowy obcych państw. Są teraz bohaterami i przykładem dla kremlowskiej młodzieży.
Tu właśnie kryje się charakterystyczny wykrętas jego stylu. Jest to, można rzec, podpis Putina pot tymi zbrodniami, których ideowym inspiratorem on był, jest i będzie, aż zasiądzie na ławie oskarżonych Międzynarodowego Trybunału. Jest to styl Władimira Władimirowicza Putina. Ta właściwość stylu rozszyfrowuje się następująco: oficjalnie nic wspólnego z tym nie mamy, ale wszyscy muszą wiedzieć i rozumieć, że tylko my mogliśmy uczynić coś takiego! I tak będzie ze wszystkimi, kto wystąpi przeciwko nam!

Przykładów są tysiące. Znane są przeważnie te zbrodnie, w sprawie których prowadzono śledztwa w innych krajach. Na przykład, sprawa otrucia Saszy Litwinienko. Jego truciciela nazwiskiem Ługowoj demonstracyjnie mianowano do Państwowej Dumy. Macie wy wszyscy, Europejczycy i inni Anglicy! Żeby wszyscy wiedzieli, kto naprawdę zabił swojego wroga i za co. I tak będzie z każdym, kto ośmieli się sprzeciwiać majorowi rezerwy KGB.

Nie odstają jego ulubieni mianowańcy. Czy mógłby „mały Kadyrow” bez wiedzy Putina organizować serię zamachów za granicą? Śmiech pomyśleć.
W Rosji wszystko jest o wiele prościej. Sami zabijają i sami „poszukują”. Wszystkie bez wyjątku „zamówienia” Putina nie zostały wyjaśnione. Przebrzmiało publiczne porwanie Magasa na lotnisku i demonstracyjne rozstrzelanie – prosto w milicyjnym samochodzie – właściciela inguskiej witryny internetowej Mahometa Jewłojewa.

Drodzy blogerzy! Nawet jeżeli zostaniecie demonstracyjnie, na oczach dużego skupiska ludzi zastrzeleni przez usłużnego pułkownika putinowskich specsłużb, odpowiadać będzie szeregowy gliniarz – „zwrotniczy”. I ten więcej niż rok w zawieszeniu nie dostanie.
Szczególnym przypadkiem było zabójstwo Anny Politkowskiej. Tu Putin pozwolił sobie nawet publicznie zakpić, mówiąc, że „jej zabójstwo spowodowało nam szkodę o wiele większą niż to, co ona napisała. Zarozumiała forma tegoż przesłania – drżyjcie, my możemy nie tylko zabić, ale także zabić, splunąć i nie zauważyć!

Ta matryca jest nie do podrobienia. Wylazła ona od razu po zabójstwie Lecha Kaczyńskiego. Od nagłówków „Wszyscy nieprzyjaciele Rosji znajdą swój koniec pod Smoleńskiem” do form bardziej zakamuflowanych – „czy teraz przyjaciele Rosji wezmą górę?”. Ten sam styl – oficjalnie była to katastrofa, ale wszyscy powinni wiedzieć i rozumieć, kto i dlaczego zakatrupił prezydenta Polski oraz jego współtowarzyszy. I tak będzie z pozostałymi, w razie czego. A poza tym – ubolewamy i jesteśmy pogrążeni w żałobie razem z przyjacielskim narodem polskim po strasznej katastrofie lotniczej”.
Z jedenastej poprawki dochodzimy do wniosku, że Putin zawsze umieszczał swój autograf pod organizowanym i przeprowadzonym aktem terrorystycznym. Umieścił i teraz.

Ostatnia uwaga – dwunasta. Jak będą reagować oficjalne osoby innych państw? Nietrudno przewidzieć. Bardzo wielu postara się przemilczeć oczywiste i niezbite fakty. Będą zamykać oczy, zatykać uszy, nie widzieć, nie wiedzieć, i nie słyszeć. Dlaczego? To bardzo proste. Jak w świetle dzisiejszych wydarzeń muszą wyglądać wszyscy ci kozły tudzież, przepraszam za neologizm, koźlice polityczne, które przez lata całowały się i zadawały z majorem rezerwy KGB?

Kto zapraszał tego czekistowskiego chłopca do swojego stołu obiadowego, wygadywał pochwalne peany, prawił komplementy i namawiał do odpoczynku na prywatnej wyspie wśród ciepłego morza?
Kto po dziś dzień walczy za „dobre stosunki” z taką putinowską Rosją i taką jej władzą, wszelcy budowniczowie rurociągów i inni „pragmatycy”? Przecież teraz poły ich galowych marynarek i mankiety spódnic są splamione krwią Lecha Kaczyńskiego i polskiej elity.

Nie zdziwię się, jeżeli Putina i „polskiego Janukowycza” – Donalda Tuska – dwóch głównych partnerów w sprawie zabójstwa prezydenta Polski – w najbliższym czasie znowu zobaczymy razem. I obaj będą w dwa gardła będą opowiadać jedna i te samą kremlowską fabułę na temat „osiągniętych wyników wspólnego śledztwa” i nierozłączną przyjaźń między narodami rosyjskim i polskim”. A w dalszym planie usłużni komentatorzy, niby ot tak, napomkną, że przed pewnym czasem niejaki Lech Kaczyński i jego kamraci próbowali skłócić dwa „brackie narody”. Ale im się nie udało.
Dlatego zabójstwo prezydenta Polski oraz znacznej części jej elity politycznej obecnie staje się poważną próbą dla wielu krajów zachodniej demokracji.

Jednak są na tym świecie tacy politycy i przywódcy państw, którzy nie są niczym zobowiązani wobec Putina. Co więcej, są tacy, którzy już wcześniej widzieli istotę Putina i jego reżimu. Znali prawdziwe poglądy majora rezerwy i dlatego wcale nie są zdziwieni tym , co zaszło. Są widzący parlamentarzyści, organizacje pozarządowe i prasa.
W tych krajach Europy, których elity polityczne dokarmia rosyjski „Gazprom” i inne deripaski, jest opozycja.

Są zachodnie służby specjalne, NATO i światowa społeczność.
Wreszcie jest wideo nakręcone przez Andrieja Miendiereja, zawodowi eksperci oraz mnóstwo uczciwych, porządnych i odważnych ludzi. Dlatego zbliża się wasz koniec, kremlowskie małpy.

Kwiecień 23 2010

Kadry prawdy

Taggi : , , , , ,

okładka wojtek poprawionaSłowo stało się Ciałem! Dawno zapowiadana książka Wojtka Wardejna o pracy w redakcji pewnego brukowca ukazała się w wersji elektronicznej. Jest już dostępna na rynku. To olbrzymi sukces zważywszy, że wydawca Faktu (Axel Springer) poruszał niebo i ziemię, aby nikit w Polsce nie odważył się rozpowszechniać tej książki.

Kolejne wydawnictwa najpierw entuzjastycznie reagowały na materiał, potem nagle rezygnowały z druku „Kadrów prawdy”. Czyżby kolejny przykład neocenzury? Tym groźniejszej, że nieuchywytnej. Schowanej w zaciszu gabinetów adwokatów Springera. Knebla potężnego, bo wspartego gigantycznymi pieniędzmi. A jednak Wojtkowi udało się wygrać z Goliatem!

Zastanawiające, komu tak bardzo zależało na blokowaniu tej książki. Faktowi? A dlaczego? W książce nie pada nazwa redakcji. Wiadomo tylko tyle, że chodzi o redakcję brukowca, w którym łamane są prawa pracownicze, panuje mobbing, do normy zachowań należy molestowanie seksualne podległych pracownic. Czyżby Fakt sam z siebie uznał, że to właśnie książka o Fakcie?

Dzisiejszy dzień to wielkie święto wolności słowa. Internet po raz kolejny udowodnił, że nawet giganci są wobec niego bezradni. Cenzura internetowa nie wyszła Chińczykom, nie powiodło się też Axlowi. I bardzo dobrze!

Drodzy Internauci! To nie koniec walki! Teraz można spodziewać się kontrataku. Brońmy wszyscy wolności słowa! O ewentualnych ruchach prawników Axla będziemy Was na bieżąco informować. Od Was zależy, czy dacie przyzwolenie gigantowi Axel Springer na wprowadzanie cenzury w Polsce. Poniżej link do książki i jej fragment.

Dawid

PS – wersja „papierowa” tej książki już się drukuje…

http://www.e-bookowo.pl/ebooks/29/211/reportaz/kadry_prawdy/

Z opisu:

“Kadry prawdy” Wojtka  Wardejna to zbiór  interesujących reportaży o pracy niektórych mediów pokazanej od kulis.
Autor jest doświadczonym  fotoreporterem, ustawicznie poszukującym i doskonalącym swój warsztat pracy, także jego elektroniczne narzędzia.
W pewnym okresie swej zawodowej kariery pracował w jednym ze znanych tabloidów. Spostrzeżenia tam poczynione stały się natchnieniem do napisania książki. Ukazuje w niej mechanizmy fukcjonowania tego typu mediów.
W swych opowiadniach ukazuje mało znaną prawdę o organizowaniu pracy w  redakcjach czy sposobach zbierania informacji  o faktach.
Dziennikarzom i fotoreporterom przychodzi niejednokrotnie realizować przedziwne polecenia naczelnych z Wawy. Bywa, że informacjami manipuluje się, nawet tymi tragicznymi… Wszystko po to, by zwiększyć sprzedaż gazety.
Książka napisana barwnym językiem z dbałością o zachowanie specyfiki dialogów, jakie można usłyszeć w środowisku ludzi mediów(skrótowość, kolokwializmy, neologizmy, wyrazy dosadne).
Dystans autora do  opisywanych sytuacji świadczy, że sam nie zatracił  wrażliwości.
Potrzeba sporej cywilnej odwagi, by tak pisać.

Fragment:

Wpadam do redakcji. Alicja łapie mnie zanim zaczynam zrzucać zdjęcia. I prosi…
- Wojtek, mapka jest potrzebna…  zrób proszę…  jak ten korek objechać…  na kato-wickiej…  bo oni w Wawie to sto lat to będą robić…
- Jaki korek na katowickiej ?
- No ten, przy tym wiadukcie…  co go remontują…  sam nam ten temat podrzuciłeś…
Przypomina mi się, jak Alicja dzwoniła z pytaniem jak można ten odcinek wyjazdu na Katowice ominąć, i już jestem w domu.
- Ale chcą objazd przez autostradę, od południa, czy ten od północy, przez te uliczki osiedlowe… ?
- Jeden i drugi…  narysuj proszę i wyślij…  jak najszybciej…
- No dobra, zdjęcie mapy Poznania mam w lapie…  tej ze ściany, z wyborczej…  ale będzie to schematyczne, bo z Patrykiem zaraz muszę wyjść…
- Nieważne, bylebyś wysłał, bo oni ciśnienie mają, i trochę, się gubią…
Co za ludzie, myślę, a ile razy ja mam gdzieś trafić po mapie i trafiam, i to do wiosek co to ich na niej nie ma, albo są gdzieś indziej, taki kawałek w prawo lub w lewo, w górę i lub w dół. I trafiam. A oni się w mieście dużym gubią. No tak…  oni jeżdżą na GPS. Taki elektroniczny McDonald’s. Modyfikuje umysł, i pamięć. Dobrze, że mnie na niego nie stać. Kolega kupił nową komórę, i w niej taką opcję ma. Pod Poznaniem przeprowadził go drogą o 30ci kilometrów dłuższą. Żeby mieć autostradę na mapie, kupiłem nowy atlas. Zgodny z GPS. Chyba go wyrzucę bo większości miejscowości nie ma, takich małych, albo są, nie po tej stronie drogi.
Siadam i rysuję. Numerek, ulica, kreska i nazwa w file info . Rach, ciach i wysyłam. Wychodzę z Patrykiem.
- Co robimy?
- Targety dla polityki…
- O Boże. A w jakim temacie ? – już wiem, że będzie to niezapłacona robota…  polityka, taki dział., w wawie, zamawia mnóstwo, ale niewiele wchodzi…- I ile???
- Chcieli osiem, ale zbiliśmy do pięciu…
- A wiek?
- Nie określili się – mówi Patryk. – Ale jak znam życie to i tak coś im będzie nie pasować…  ale luz, zrobimy trzy i do redakcji…
- Ten twój luz to mnie czasem przeraża…  a potem trzeba dorabiać zdjęcia…
- Spoko…  jak będzie trzeba…  to ojca podstawie i sąsiada…  jeszcze nie chodzili…
- Przeraża mnie to, że ludzie tą gazetę kupują…  jak podstawiłem znajomego do zdjęć to mnie pytał, czy wszystkie informacje takie są…  ?PRAWDZIWE”…- akcentuję.
- I co? – pyta wyraźnie zainteresowany Patryk. – Co powiedziałeś?
- Kup. Znajdź stronę gdzie jesteś, a resztę wyrzuć…  stronę na pamiątkę zostaw…- I tu nagle dzwoni telefon…  mój…

Kwiecień 18 2010

Wstyd

Taggi : , ,

Lech Kaczyński za życia został ukrzyżowany przez nas – przez media. Nie lubił nas – Jego prawo. A czy my mieliśmy prawo tak Go przedstawiać? Zwykle nie zdradzam swoich sympatii politycznych. Teraz przyznam, że Lech Kaczyński zapełniał moje poczucie tożsamości narodowej. Choć przyznaję, że nie raz sam z Niego drwiłem. Obraz Lecha był bardzo prosty do wydrwienia. Kartofel, że nie wspomnę o „spieprzaj dziadu!” Otóż Kaczyński był pierwszym człowiekiem władzy, który miał nas w nosie! Miał w poważaniu media – i tego nie krył. I my go nie kochaliśmy. Nie ma co gadać. Tak było. Niekochanie różni się jednak od celowej manipulacji. A z taką mieliśmy do czynienia na co dzień.  Szanowni operatorzy kamer, fotoreporterzy – ile razy zrobiliście „normalne” ujęcia Lecha Kaczyńskiego? Ile razy łapaliście Naszego Prezydenta „od góry”, żeby uwypuklić kwestię wzrostu. Albo z przypadkowym grymasem na twarzy… Podłe, ale tak było… Teraz poznajemy zupełnie innego Kaczyńskiego. Pojawiają się materiały o kochającym ojcu i mężu, o wzorze cnót rodzinnych. Jeszcze kilka tygodni temu Maria Kaczyńska poprawiająca krawat mężowi zasługiwała na pogardliwe wyśmianie – dziś staje się wzorcem prawdziwej żony. Uderzmy się w pierś. Naprawdę wszyscy skrzywdziliśmy Lecha Kaczyńskiego. Nie doceniliśmy Jego patriotyzmu i zaangażowania.  Wszyscy grzeszyliśmy – jeżeli nie słowem i czynem, to choćby zaniedbaniem. Za życia nikt z mediów nie przedstawił Lecha Kaczyńskiego, jako kochającego męża i kochającego ojca. Łatwiej było przedstawiać „Kaczyniaka” jako nieporadnego słonia w składzie europejskiej porcelany…. Jedna ze znanych dziennikarek wpisała na moim Facebooku, że pamięta „spieprzaj dziadu!”. A pamiętasz, jak to się odbywało? To, że jeden z naszych szmatławców wynajął bezdomnego, aby męczył „Kaczyniaka”? I on zareagował zdrowo? Pamiętasz, Beatko? Dwa razy w życiu bezpośrednio spotkałem Lecha Kaczyńskiego. Chcę Go przeprosić – za wszystko, co Go spotkało ze strony mediów. Przepraszam, Panie Prezydencie

Kwiecień 11 2010

To się samo nie stało

Taggi : , , , ,

Poniżej pozwalam sobie zacytować wywiad opublikowany na portalu NaszaPolska.pl Krąży on w internecie, dotarł i do mnie. Jego wymowa stanowczo odbiega od oficjalnie dopuszczalnych publikacji – stąd decyzja o zamieszczeniu go u nas.

Dawid

O tym, że lista pasażerów była znana wszystkim od dawna; że polskie służbyzaloba miały obowiązek nie dopuścić do lotu prezydenta, polityków i generałów jednym samolotem; o tym, że prezydent miał kilka dni temu postanowienie wyjazdu do Katynia pociągiem z wdowami i sierotami katyńskimi… – o tym wszystkim w rozmowie z Robertem Witem Wyrostkiewiczem mówi red. Anna Pietraszek, doradca zarządu Telewizji Polskiej w wywiadzie dla Portalu NaszaPolska.PL.
***

Jak to możliwie, że miała Pani listę pasażerów kilka dni przed tragicznym odlotem prezydenckiego Tupolewa?

Dostałam tę listę od młodych dziennikarzy, którzy prosili mnie o radę z kim przeprowadzić ewentualnie wywiady. Ta lista pasażerów krążyła po prostu ot tak, już od kilku dni, z maili na maile. Potem siedziałam w domu, to było w poniedziałek, i zastanawiałam się jak to możliwe, że ja mam pełną listę generałów, kapelanów, polityków, którzy lecą z prezydentem i że ta lista jest w obiegu. Wierzyć mi się nie chciało, że oni wszyscy są na tej jednej liście. Pomyślałam, że może będą rozdzieleni, że może to tylko lista obecności w Katyniu. Nie mogłam tego pojąć i niestety wziąć na serio. Generał Skrzypczak mówił niedawno w telewizji, że po wypadku Casy podkreślano wymóg bezpieczeństwa, że kiedy leci kilku dowódców to trzeba ich rozdzielać, a przecież z polskimi generałami leciał prezydent, nie tylko głowa państwa, ale zwierzchnik sił zbrojnych, osoba odpowiedzialna za całe bezpieczeństwo kraju! Trzeba teraz zwrócić uwagę na to jakim cudem znaleźli się w jednym samolocie generałowie, politycy i sam prezydent? Jakim cudem ta lista krążyła od tak po Internecie? Jakim cudem!? Czy nasz prezydent był tak kompletnie pozbawiony ochrony? Kto pracował nad tym, żeby on był tak nagi? Czy nikt nie myślał o ich ochronie?… Niemożliwe. To się samo nie stało.

Mówiła Pani niedawno o podróży prezydenta Kaczyńskiego do Katynia pociągiem. Razem z rodzinami katyńskimi. Taki wariant podróży potwierdził Pani również tragicznie zmarły w tej katastrofie minister Stasiak. Niestety w ostatniej chwili prezydent podjął decyzję lub ktoś go przekonał do lotu drogą powietrzną. Co Pani o tym sądzi?

Rozmawiałam niedawno z ministrem Stasiakiem. Rozmowa dotyczyła kwestii transmisji, które były planowane od dawna w Telewizji Polskiej. I to co powiem za chwilę mówię z pełną odpowiedzialnością jako doradca zarządu Telewizji Polskiej. Przez godzinę rozmawiałam z ministrem Stasiakiem. Przekazałam nie tylko swoje rady medialne, ale przede wszystkim doświadczenie. Robiłam bowiem pierwszą transmisję satelitarną z Katynia. Wymyśliłam ją i doprowadziłam do realizacji jako świeżo upieczona absolwentka Akademii Obrony Narodowej. Zresztą, gdybym nie skończyła akademii nigdy nie zrobiłabym tej transmisji i naraziła telewizję na wielkie niebezpieczeństwo. Teraz właśnie minister Stasiak pytał mnie o sprawy chronienia przekazu medialnego tam w Katyniu. Powiedziałam mu wszystko co mówiło mi moje doświadczenie; na co należy zwracać uwagę. Czego się strzec. I wtedy też odważnie zasugerowałam, żeby prezydent polejechał z wdowami katyńskimi pociągiem. Byłby to najbezpieczniejszy środek transportu. Po drugie, media mogłyby zobaczyć prezydenta, najważniejszego człowieka w państwie, który zauważył wdowy, sieroty katyńskie. Prezydenta, który byłby z nimi. Do tego pani Maria Kaczyńska, cudowny człowiek, który miał wspaniały kontakt z ludźmi starymi… Prezydent się zgodził. Dostałam informację, że prezydent podchwycił ten pomysł, że pojedzie z wdowami i sierotami katyńskimi pociągiem. Zaczęliśmy myśleć, żeby wysłać na bieżąco informacje z satelity z tej podróży prezydenta pociągiem do Katynia. Potem przyszła wiadomość, że tak go obsiedli, że jest decyzja, że poleci, a te wdowy pojadą same. Pomyślałam sobie, kolejny prezydent, który nie docenił wdów i dzieci katyńskich. Ktoś mu to odradził. Ktoś mu to odebrał… Ciekawe dlaczego?…

Jest Pani doktorantką Akademii Obrony Narodowej – Podyplomowego Studium Operacyjno-Strategicznego. Ukończyła Pani elitarne szkolenia NATO. Jak Pani ocenia fakt, że służby specjalne dopuściły do lotu jednym samolotem prezydenta, polityków, generalicji Wojska Polskiego i wielu najważniejszych osób w państwie?

Odpowiadam: to niemożliwe, żeby do takiej sytuacji dopuścić. Na rozum zwykłej absolwentki Akademii Obrony Narodowej, wiem, że to na logikę nie jest możliwe. Jeśli ktoś myślał nad przygotowaniem tego lotu, a zapewne myśleli różni ludzie, to ktoś myślał, żeby stało się tak jak się stało. Nie widzę innego wyjaśnienia. Komuś zależało, żeby tak się stało. Szef sztabu… dowódcy… niemożliwe. Ktoś nad tym myślał. Nie jesteśmy państwem głupków. Nie jesteśmy też wojskiem ciemniaków. Mamy służby specjalne i mamy Biuro Bezpieczeństwa Narodowego. Mamy generałów z prawdziwego zdarzenia z nominacji natowskich. Nie jest możliwe, żeby taka głupota zawładnęła wszystkimi i żeby doszło do wysłania najważniejszych w państwie osób jednym samolotem.

Znała Pani wiele osób z listy pasażerów tragicznie zmarłych w wypadku samolotu Tupolew. Czy serce pomieścić może tyle strat na raz, w jednym momencie?

W sercu wszystko się może zmieścić. Tam jest cała miłość do Polski. Ale w głowie to mi się wszystko nie mieści (płacz). Żeby mieć takich wspaniałych ludzi i ich nie chronić… to kim my jesteśmy? To jaką my mamy policje, BOR, służby?

W chwili napływania informacji o tragedii była Pani w studio telewizyjnym, aby komentować zaplanowane wcześniej uroczystości w Katyniu. To było chyba najtrudniejsze studio telewizyjne w Pani życiu…

To była najprawdopodobniej moja najcięższa próba dziennikarska, żeby się opanować; żeby sprostać. Kiedy wchodziłam do studia układałam sobie w głowie ile trzeba mówić o księdzu Peszkowskim, kapelanie Rodzin Katyńskich. Chciałam, żeby o nim usłyszeli Polacy. Chciałam, żeby dotarło do ludzi, że apel pojednania i przebaczenia miał miejsce 15 lat temu, a nie podczas środowego spotkania Tuska i Putina. A o tej środzie premiera Tuska mogę powiedzieć, że to była czarna środa. Nie było ani jednego świadka Katynia. Nie wspomniano o księdzu Peszkowskim nawet słowem. A kiedy w czasie antenowym były wolne chwile i moje ekipy dobijały się, aby puścić materiał przygotowany o orędziu księdza Peszkowskiego do narodu polskiego wygłoszonym w kwietniu 1995 roku, do wszystkich polityków, do wszystkich dowódców, do całego narodu, to z telewizji przychodziła odpowiedź, że nie. A ciekawe dlaczego? Czyżby ksiądz Peszkowski miał odebrać splendory środowego wydarzenia? Dzisiaj chciałam o tym mówić w studio telewizyjnym.

Politycy, zwłaszcza Prawa i Sprawiedliwosci, generalicja WP, duchowni, prezes IPN, prezes PKO, naukowcy, dyplomaci… kwiat polskiego Narodu zginął w Katyniu – można powiedzieć – po raz drugi. Co dalej z Polską?

Popatrzmy chociaż tylko na Janusza Kurtykę, na pana prezesa IPN. Przecież to był młody człowiek, który połowę swojego życia dorastał do swej roli politycznej, wybitnej, wyjątkowej, trudnej. Te 20 lat młodości, to połowa jego życia. Odtworzyć takiego drugiego człowieka tego formatu, to kolejne 40 lat. I może znowu o to chodziło… Przecież teraz finalizują się śledztwa IPN. Finalizuje się sprawa zachowania istoty IPN, czy w ogóle istnienia Instytutu. Największe śledztwo IPN to śledztwo dotyczące zabójstwa księdza Jerzego Popiełuszki i zabójstw dziesiątek innych księży. Było przecież komando, które mordowało księży. Mieliśmy nadzieję, że to śledztwo zostanie skończone przed beatyfikacja księdza Jerzego. Ale nie ma prezesa Kurtki… Czy to przypadek? 2 września 1999 roku wyszłam ze szpitala w Aninie, gdzie leżał ciężko chory ksiądz Peszkowski. Nie wiadomo było czy przeżyje. Znalazłam się w takim miejscu, gdzie fetowano sukcesy pana Komorowskiego. Miał swoje święto. I tam spotkałam oficera Urzędu Ochrony Państwa. Nie powiem czy mężczyznę czy kobietę. Ten oficer UOP wziął mnie na słowo i zapytał: “To jak ten Twój ksiądz? Żyje jeszcze?” Powiedziałam mu, że martwimy się bardzo czy przeżyje do rana. Usłyszałam wtedy coś strasznego. Oficer UOP powiedział: “Niech zdycha. Niech zdycha ten czarny, co nam tylko przeszkadza”. Nigdy tych słów nie zapomnę. Oficer UOP… 99 rok… Więc jaką my mamy wolną Polskę? Jaką my mamy wolną Polskę, kiedy teraz ich wszystkich już nie ma?

Dziękuję Pani za rozmowę

Rozmawiał Robert Wit Wyrostkiewicz

Marzec 25 2010

Samozwańcy wolnej prasy

Taggi : , , , , , ,

sztandaryZ poprzedniego odcinka, zawierającego materiały z Super Expressu, cały świat dowiedział się, że wolność polskiej prasy jest zagrożona przez błędne i skandaliczne wyroki polskich sądów. Kilka wyrwanych z kontekstu wypowiedzi autorytetów prawnych, odrobina żonglerki statystycznej i mamy wspaniały przykład brukowego lobbingu pod płaszczykiem „obrony wolności słowa”! Zagranie inteligentne. Jednak przy głębszej analizie puste i populistyczne.

W pierwszym materiale już na wstępie dowiadujemy się, że aż 65 proc. Polaków jest za podglądaniem celebrytów. I wniosek – Polacy żądają takiej informacji, a skoro sądy zabraniają, to są one przeciw wolności słowa i przeciw demokracji.

Proponuję sprawdzić w sondażu, ile proc. naszych rodaków byłoby za odebraniem siłą majątków ludzi bogatych i rozdaniem tych pieniędzy biednym. Ilu za trzydniowym tygodniem pracy w zamian za potrójne wynagrodzenie. Ilu w końcu zgodziłoby się z twierdzeniem, że państwo musi zapewnić każdemu młodemu małżeństwu darmowe mieszkanie i samochód. Jeżeli byłoby to realne, ja też byłbym za.

Cóż z tego wynika? Absolutnie nic. Samo chciejstwo nie wystarcza. Czy to, że wścibski Kowalski chce koniecznie zobaczyć na zdjęciu, jakie kapcie nosi pan Linda, jakie majtki założyła pani Rossati oznacza, że dostarczenie tych informacji staje się częścią misji mediów? Absolutnie nie!

Schlebianie niskim instynktom, zaspokajanie niezdrowej ciekawości, nie może być mieszane z hasłami walki o wolność mediów i w obronie demokracji! Jaki wpływ na rozwój czy upadek demokratycznych zasad ma nowy stanik Dody czy cellulitis u nieco starszej aktorki? Rząd od tego nie upadnie, nie martwcie się koledzy z Superaka!

Co do wolności, autorzy tych tekstów chcą nas przestraszyć kolejnym kneblem. Celowo, z rozmysłem mieszają tu pojęcia „wolności” i „anarchii”. Czymże jest wolność? Każdy człowiek potrzebuje wolności i ma do niej prawo. Ostateczną granicą prywatnej wolności musi być jednak nienaruszalna granica wolności innych ludzi. Nie wolno poszerzać swojej strefy wolności kosztem innych ludzi. Takie przypadki bywały w historii nader często i potem historycy określali te zjawiska jako dyktatury. Swoją przestrzeń życiową (przestrzeń wolności) poszerzało Imperium Rzymskie, gnębiąc połowę świata. W ostatnim stuleciu też mieliśmy niesławne przykłady szerzenia wyższości rasy nordyckiej czy haseł międzynarodówki socjalistycznej. W obronie wolności swojego ludu i wyższości swojej religii występują islamscy terroryści – czy ktoś poza nimi samymi popiera takie dążenia?

Bardzo źle stałoby się, gbyby prawodawca uległ temu populistycznemu lobbingowi. Rzekoma „wolność prasy” stałaby się dyktaturą medialnych kolosów, które i teraz są niemal wszechwładne. Każdego możnaby zniszczyć – choćby przez publikację zdjęcia, na którym znany aktor czy polityk dłubie w nosie czy kłóci się z żoną. To media, nie będąc zagrożone procesem i odszkodowaniami, decydowałyby o upadkach rządów, o kształcie kolejnych ustaw, o wyborze przedstawicieli parlamentarnych – czyli o losach państwa. Stałyby się superwładzą – i o tym marzą wydawcy Superaka (Faktu zresztą też).

Na takie pozakonstytucyjne, bezprawne, zagrażające demokracji rozwiązania nie może być zgody. Inaczej wszystko będzie na sprzedaż – nasze życie, nasza prywatność. Kto bowiem decyduje o tym, czy dana osoba jest VIPem lub celebrytą? Media! I pewnego pięknego dnia pewien wydawca może stwierdzić, że od dzisiaj to właśnie Ty, drogi Czytelniku, jesteś VIPem! Z dnia na dzień utracisz całą swoją prywatność w globalnym świecie Wielkiego Brata! I nie będziesz wtedy mógł szukać ratunku w sądzie – bo przecież media mają prawo do wolności w rozumieniu brukowym! Chcecie takiego świata?

Dawid

Marzec 19 2010

Wolność mediów brukowa

Taggi : , , , , ,

super-express-faktDziś dwa materiały z Super Expressu. Skomentuję w następnym odcinku

Dawid

Sondaż: Chcemy wolnej prasy

Data publikacji: 16.03.2010 06:44

Aż 65 procent Polaków nie widzi nic złego w publikowaniu zdjęć zrobionych znanym i popularnym osobom w miejscach publicznych! A to oznacza, że chcemy wolnej prasy i mówimy stanowcze “nie” jakimkolwiek próbom wprowadzania cenzury w mediach. Nawet jeśli nie podoba się to celebrytom!

Jak wynika z sondażu Gemiusa dla Newseek.pl, oczekiwania Polaków całkowicie rozmijają się z orzeczeniami Temidy.

Kilka dni temu Sąd Okręgowy w Warszawie nakazał “Super Expressowi” przeprosić Tomasza i Hannę Lisów oraz wypłacić im pokaźne odszkodowanie. W uzasadnieniu wyroku stwierdzono m.in., że drukowanie zdjęć bez zgody fotografowanych, nawet jeśli te zrobione są w miejscach publicznych, jest niedopuszczalne.

Przeczytaj koniecznie: Kasia Cichopek powie Ci, jak schudnąć

To nie pierwszy taki wyrok w sporze gazety z celebrytą. Tymczasem na Zachodzie tego typu sprawy kończą się inaczej. J.K. Rowling, miliarderka i autorka serii książek o przygodach Harry’ego Pottera, chciała w sądzie wywalczyć zakaz publikacji zrobionych na ulicy zdjęć swojego syna. Przegrała. – Prawo nie zapewnia sławom strefy wolnej od prasy dla ich dzieci – oświadczył sędzia i odrzucił jej żądania w całości.

Medioznawcy przyznają, że wyniki sondażu Gemiusa wcale ich nie zaskakują.

- Podglądanie, zwłaszcza atrakcyjnych celebrytek, zawsze było ulubionym zajęciem małych chłopców. Dziś chłopcy są dorośli i przyznają, że “z wiekiem wcale im nie minęło”. Mało tego, chcą więcej – mówi prof. Maciej Mrozowski.

Przeczytaj koniecznie: Kudelski znalazł “duchową drogę”

Według prof. Tadeusza Kowalskiego ludzie znani są zakładnikami swojej popularności. – Od tego, jak często pisze się o nich w gazetach, zależy chociaż-by wysokość ich honorariów. Dlatego użalają się nad swoim losem, a jednocześnie prowadzą z mediami cyniczną grę – rozpuszczają plotki, wysyłają do redakcji zdjęcia, ustawiają się na tzw. sesje z ukrycia – podkreśla specjalista. Najwyraźniej Polacy oczekują od celebrytów konsekwencji.

Autor: TS

To jest sensacja, na którą “Super Express” czekał i bardzo liczył! Jeden z najwybitniejszych polskich prawników, profesor Piotr Kruszyński w dzisiejszym wywiadzie dla nas zdecydowanie i otwarcie krytykuje orzeczenie polskiego sądu! Krytykuje sąd, który ukarał nas w sprawie z Tomaszem Lisem za publikowanie zdjęć znanych dziennikarzy zrobionych w miejscach publicznych.

Sąd błędnie, według profesora, uznał, że wolne media w wolnym kraju nie mogą zamieszczać fotografii popularnych osób zrobionych choćby na ulicy, jeśli celebryci się na to nie godzą! Sąd w ten sposób chce założyć kaganiec na wolne media, wprowadzić cenzurę i zakazać “Super Expressowi” jego misji: misji pokazywania prawdy!

Słowa profesora Piotra Kruszyńskiego kierowane do błądzących polskich sądów są jasne i oczywiste: “Osoba publiczna w miejscu publicznym musi się liczyć z tym, że będzie miała zrobione zdjęcie” i “Media mają prawo sfilmować osobę publiczną w miejscach publicznych i kropka”. Te słowa dedykuję polskim sędziom, którzy działając w interesie bogatych i wpływowych, chcą zniszczyć wolną prasę i demokrację, która nie istnieje bez kontrolnej funkcji mediów.

Warto wspomnieć, że profesor Piotr Kruszyński był jedną z osób, które najmocniej krytykowały nas za opublikowanie filmów z senatorem Piesiewiczem (tu pozwolę się z Panem Profesorem nie zgodzić), jest też osobą niezwykle ceniącą Tomasza Lisa i jego dziennikarski dorobek. Nie miał jednak wątpliwości, że wolne media trzeba w demokratycznym społeczeństwie bronić przed niesprawiedliwymi i nierozsądnymi wyrokami sądów.

Autor: Sławomir Jastrzębowski, naczelny SE

Marzec 14 2010

Proces za atak na koncerny

Taggi : , , ,

paragrafPoniżej materiał cytowany za stroną www.MamProces.pl. Tam też materiał filmowy, który miał spowodować proces. Miał, bo tak naprawdę atak na Joannę Najfeld trwa od dawna i teraz przeniósł się tylko na salę sądową. W imię politycznej poprawności lepiej tłamsić głosy obrońców życia, przeciwników aborcji. Miejmy nadzieję, że ta rozgrywka nie skończy się skandalem w rodzaju wygranej Alicji Tysiąc – pierwszej w historii sądownictwa niedoszłej zabójczyni, która za niemożność zabójstwa dostała realne pieniądze. Joanno – trzymam kciuki! Każdy ma ma prawo głosić swoje poglądy, Ty też! Z drugiej strony dla dziennikarza wygrana przy art. 212 to prawie medal. Tego Ci życzę.

Dawid

No i doczekałam się. Moi oponenci ostrzegali, grozili, zakładali fałszywe strony w Internecie… a ja myślałam, że na straszeniu się skończy, bo przecież w demokratycznym, wolnym od 20 lat kraju można chyba mówić co się myśli, nawet o rzeczach niewygodnych dla silniejszych ode mnie władzą i pieniędzmi.

No więc mówiłam. Między innymi o tym, że aktywiści aborcyjni są powiązani z ogromnym biznesem aborcyjno-antykoncepcyjnym, który na zabijaniu dzieci i masakrowaniu kobiet zarabia krocie. Że wychowanie seksualne to nachalna akwizycja różnych farmakologicznych chemikaliów, od antykoncepcji, przez niebezpieczne szczepionki, po zabójcze środki poronne. Niby oczywiste, ale widocznie szczególnie niewygodne dla tych, którzy woleliby, żeby to był temat tabu.

No więc nie skończyło się na obraźliwych i straszących liścikach. Założono mi sprawę karną z oskarżenia prywatnego Wandy Nowickiej. Odpowiem z art. 212 par. 2, za słowa wypowiedziane w filmie, który obejrzeć mogą Państwo m.in. na tej stronie.

Pozwolę sobie jeszcze zwrócić uwagę na szerszy kontekst mojej sprawy. Pozostawiam Państwu rozsądzenie, czy to przypadek, że:

- w Katowicach toczy się proces przeciw ks. Markowi Gancarczykowi, którego pozwała związana blisko z Wandą Nowicką i jej grupą prawników Alicja Tysiąc, za mówienie o aborcji “zabójstwo”

- pismem procesowym straszyła wydawnictwo Fronda ta sama, związana blisko z Wandą Nowicką i jej grupą prawników Alicja Tysiąc, za książkę Agata. Anatomia manipulacji

- procesami groziła wydawnictwu Fronda również matka 14-letniej “Agaty”, poddanej aborcji w czerwcu 2008, “dzięki” wysiłkom Wandy Nowickiej i jej prawników

- blisko związane z promotorami aborcji środowisko gejów ostatnio rozpoczęło otwartą ofensywę sądową; do masowego pozywania do sądu krytyków ideologii homoseksualnej nawoływali działacze lewicy na konferencji w siedzibie Gazety Wyborczej, jednym z głównych głosicieli tego pomysłu jest Krystian Legierski, który zachęca do pozywania i apelowania aż po sądy zagraniczne; Legierski wytoczył kilka procesów o “homofobię” prawicowym politykom, prokuraturą i utratą pracy grozili też lewicowi działacze Wojciechowi Cejrowskiemu za cytowanie Biblii o homoseksualiźmie na katolickiej uczelni… i tak dalej, i tak dalej.

Lewica rozpaliła stosy. Przynajmniej już widać, o co im tak naprawdę chodzi.

Joanna Najfeld, oskarżona

Marzec 04 2010

Wyrobnicy słowa koncernowi

Taggi : , , , ,

galery1Witajcie po dłuższej nieobecności! Musiałem pojeździć służbowo po Europie. Przy okazji spotykałem się z kolegami dziennikarzami z bardziej cywilizowanych krajów. Nie mogli uwierzyć, że my tak spokojnie godzimy się na niektóre rzeczy. Na zaniżanie stawek za artykuły. Na to, że wydawca może zamówić artykuł, a potem się rozmyślić i nie zamieścić, albo zamieścić i nie zapłacić.

Nie mogli tego zrozumieć, że w kraju Lecha Wałęsy i „Solidarności” dziennikarze są na tyle stłamszeni, że boją się głośno domagać swoich praw. „Gdzie są wasze związki zawodowe, dlaczego was nie bronią?” – pytali. Ja im na to, zgodnie z prawdą, że w redakcjach związków zawodowych praktycznie nie ma. Każda wzmianka o zakładaniu takich organizacji wywołuje u wydawców nerwowe reakcje. „Skoro nie macie związków, to dlaczego się dziwisz, że koncerny wami pomiatają? Szanuje się tylko poważnego przeciwnika, słabego ma się za nic”. Tak, tak – przeciwnika, bo interesy szefów redakcyjnych i szeregowych dziennikarzy w tych najbardziej podstawowych kwestiach zawsze były i będą sprzeczne. Wydawca chce dostać jak najwięcej, płacąc jak najmniej. Dziennikarz ma priorytety dokładnie odwrotne. Już niedługo zamieścimy tu odcinek instruktażowy, poświęcony zakładaniu związku zawodowego. Co, jak i w jaki sposób. Takie abecadło związkowe.

Nawiązując do sprawy wykorzystywania szeregowych dziennikarzy przez wydawców – w większości redakcji łamie się prawa pracownicze dotyczące ilości godzin pracy. Dziennikarze zwykle mają nienormowany czas pracy. W praktyce oznacza to 24-godzinny czas pracy przez siedem dni w tygodniu. Pracy albo chociaż gotowości do pracy. Stałą dyspozycyjność – niezależnie od sytuacji.

To niezwykle korzystne rozwiązanie dla wydawców. Po co zatrudniać trzech dziennikarzy na dobę na 8-godzinne dyżury, skoro to wszystko może załatwić jedna osoba?! To jawne łamanie prawa pracy. Nikogo nie interesują skutki takiej roboty. Młody, pełen zapału reporter lubi taką pogoń. Czuje się niezwykle potrzebny redakcji, wręcz niezastąpiony. Lata mijają, a on wciąż biega po terenie z laptopem i dyktafonem, czy z kamerą pod pachą. I jest coraz bardziej zmęczony pracą ponad siły, coraz bardziej schorowany. A takiego już redakcja nie potrzebuje – są młodsi, zdrowsi, tańsi. Pojawiają się frustracje, stąd blisko do naszej zawodowej przypadłości – pociągu do trunków procentowych.

A przecież można zupełnie inaczej. Dyżury redakcyjne, po przepisowe osiem godzin. Soboty i niedziele wolne dla regeneracji sił i „pobycia” z rodziną. A jeżeli w niedzielę trzeba popracować, to zgodnie z przepisami prawa pracy pracownikowi należy się dodatkowy dzień wolny w ciągu tygodnia albo wypłata za nadgodziny. Każdemu pracownikowi – dziennikarzowi także.

Korzystajmy już teraz (nawet bez związków zawodowych) z możliwości egzekwowania swoich praw do pracy w określonym czasie! Jeżeli pracodawca zmusza Cię do tyrania 24 godziny na dobę świątek piątek i w niedzielę – zgłoś to do Państwowej Inspekcji Pracy! Inspektor musi przyjąć Twoje zawiadomienie i wszcząć postępowanie. Anonimy nie mają sensu – nie będą rozpatrywane. Można zastrzec swoje dane, wtedy nie pozna ich pracodawca. Inspektor ma obowiązek prawny ochrony danych osoby zgłaszającej problem (relacja podobna, jak w sytuacji dziennikarz – informator). Warto pomyśleć o tym dzisiaj, żeby jutro nie żałować…

Dawid

dziennik fakt

Walka Dawida z Goliatem...

Utwór prześmiewczo-dożynkowy

Historia pewnej prowokacji...

dziennik fakt dziennik fakt dziennik fakt dziennik fakt dziennik fakt dziennik fakt

Cały tekst możecie przeczytać: w tym wpisie

Muzyczna wersja Historii pewnej prowokacji: TUTAJ
Zagraj sam Historię pewnej prowokacji - słowa i chwyty gitarowe TUTAJ

PADALEC ROKU – czyli oszukali przy honorarium

Ranking oszustów medialnych – szczegóły: TUTAJ