Sierpień 27 2010

Łzy tanio sprzedam

Taggi : , , , , , , ,

lza 2Kończą się wakacje, czas powrócić do pisania. Tematów nie brakuje, choć kiedyś okres urlopowy był nazywany ogórkowym. Niestety, nie w tym roku. Oba nasze brukowce (Fakt i Superak) solidarnie poszły na całość w ostatecznej rozprawie z prawdziwym dziennikarstwem. Doszlusował TVN, potwierdzając swoją opinię tabloidu wśród telewizji.

Chodzi o tragedię z Bytomia. Siedmioletni Pawełek zostaje rażony prądem, płynącym przez ogrodzenie okalające plac zabaw. Piszą i mówią o tym wszyscy. Nic dziwnego – sprawa jest bulwersująca. W grę wchodzi albo niedbałość, albo celowe działanie robotników z pobliskiej budowy. Sprawa nie podlega dyskusji – o tym trzeba pisać. To leży w interesie społecznym. Trzeba ostrzegać, aby już nigdy nigdzie do takiej tragedii nie doszło.

Dla Super Expressu i Faktu (TVN zresztą też) taka misja społeczna to stanowczo za mało. Trzeba porazić Czytelnika, trzeba jemu sprzedać cały ogrom emocji. Oba tabloidy decydują się na rzecz straszną – publikują zdjęcia zrozpaczonego ojca, który tuli do piersi martwego synka. To samo pokazuje TVN. Dziennikarz telewizyjny pokazywany jest w reportażu, jak z pełnym poświęceniem próbuje dotrzeć do matki chłopca. Zatrzymuje go babcia mówiąc, że u mamy Pawełka jest w tej chwili psycholog.

Jakie pytanie chciał zadać dziennikarz TVN matce Pawła? Proponuję następujące warianty: „czy bardzo bolało, kiedy usłyszała Pani o śmierci syna?”, „Czy zapłakała Pani i zemdlała na tę wiadomość?”, ‘czy mogłaby Pani opowiedzieć naszym widzom o Swoim cierpieniu?”, ‘czy Bóg się odwrócił od Pani i Pawełka?”. Arsenał takich pytań jest zapewne spory.

O czym myślał fotoreporter strzelający fotkę zrozpaczonemu ojcu z martwym synem w ramionach? O premii, którą dostanie za to unikalne ujęcie? O tym, że jest świetnym fachowcem, skoro dotarł na czas? O tym, co sobie kupi za większą w tym miesiącu wypłatę?

O czym myśleli wydawcy, dopuszczając takie materiały do publikacji? O tym, że nic tak nie ożywia ‘jedynki”, jak świeży trup? O tym, że foto sprawił się dobrze i Czytelnicy będą mieli wspaniałą ucztę z rozedrganych emocji? Że ten numer gazety trzeba puścić w zwiększonym nakładzie? Że ten materiał na wizji zwiększy oglądalność?

Jak zareagowali Czytelnicy wspomnianych brukowców? Pod zdjęciami kilkadziesiąt komentarzy, domagających się usunięcia fotek. Określenia „hieny”, „sępy” należą do najdelikatniejszych. To Czytelnicy przypominają „dziennikarzom” Faktu i Superaka o czymś tak ulotnym, jak etyka dziennikarska. Zdjęcia jednak nie znikają – znikają za to niewygodne komentarze (sprawdziłem).

Kolejna granica została przekroczona. Media same z siebie przyznały sobie prawo wkraczania w najintymniejsze obszary życia. W imię prawa do informowania gotowe są pokazać autentyczne cierpienie, ból, łzy, rozpacz. Po to, aby każdy z Czytelników (widzów) mógł samodzielnie, własnym paluchem pogrzebać w autentycznej ranie. W normalnym życiu odbiorca prasy raczej nie ma zbyt często okazji do takiego oglądactwa. Nie ma – a my dajemy taką możliwość!

Zobacz, drogi Czytelniku (Widzu), jak płacze ojciec, który trzyma w ramionach martwe dziecko! Widzisz, jak go to boli? Zwróć uwagę na twarz – jakie cierpienie się na niej maluje! Te łzy są prawdziwe – i Ty możesz je oglądać dzięki nam! Czegoś takiego jeszcze w życiu nie przeżyłeś! Teraz my damy Ci słodko-mdlącą papkę słowną, opisującą tę straszną tragedię i zdjęcia – a Ty masz się wzruszyć i zapłakać!

Co z tego, że takie zdjęcia to kolejna trauma dla rodziców Pawła? Oni są tylko aktorami w tym medialnym spektaklu! Ofiarami rzuconymi na ołtarz prawa do informacji. Kogo obchodzi, że może taką tragedię chcieliby przeżywać w samotności? My media będziemy decydować, co wolno pokazać. Jaką kolejną granicę dziennikarzom wolno przekroczyć.

Dlaczego? Bo nikt nie jest w stanie nam tego zabronić! Załóżmy, że po skandalicznej publikacji zdjęć ojca trzymającego w ramionach martwego synka rodzina Pawła odda sprawę do sądu. Bez wątpienia wygra. Może 30 tys. zł, może 50. W każdym razie nie więcej, niż 200 tys. Tak u nas skonstruowane jest prawo, że nikt na własnej krzywdzie nie powinien zarabiać. Są to śmieszne kwoty w stosunku do poczynionych krzywd. Takie pieniądze redakcja brukowca ma już przygotowane na ewentualność procesu. Kalkulacja zysków i strat wykazuje, że szokowanie przysparza odbiorców, a co za tym idzie – zwiększa zyski. Odszkodowanie dla skrzywdzonej rodziny wrzuci się w koszty. A etyka dziennikarska, o której przypominają co bardziej wrażliwi Czytelnicy brukowców? Ona zysków nie przyniesie…

Dawid

Maj 22 2010

Wolny człowiek!

Taggi : , , , , ,

Dostaliśmy oświadczenie Grześka Dudzińskiego, pracownika Faktu. Był on posądzany o to, że jest Dawidem. Faktowcy dla ośmieszenia przytaczali Jego teksty. m.in. o bioenergoterapeucie Słodkowskim i o polskich pilotach, którzy widzieli UFO. Nie udało się – te wzmiankowane artykuły były normalną pracą dziennikarską. Przykre – nie dał się ochlapać błotem…

Przyznam, że Grześka naprawdę szanuję. To facet, który wierzy w ideały. Wiem, że nie napisze niczego, w co nie wierzy. W Fakcie wysyłali Go do Włocławka, żeby „przeprowadził” wieloryba Bolka przez zaporę. On im pokazał wała – do Włocławka pojechał niejaki Kowalczyk. Dudziniak jako pierwszy oświadczył, że może pracować w niedzielę, ale z uwzględnieniem nadgodzin lub dnia wolnego od pracy w ciągu tygodnia.

Grzegorz Dudziński to w końcu pierwszy pracownik Faktu, który wytoczył redakcji proces o mobbing. Nie wiadomo, o jaką kwotę odszkodowania chodzi. Sam Grzegorz nie odpowiada na żadne pytania – do chwili rozstrzygnięć sądowych.

Oto nadesłane oświadczenie:

Pragnę poinformować, że od 1 czerwca nie będę już pracownikiem Faktu. Redakcja ta uznała, że jestem za drogi na czasy kryzysu. Usłyszałem, że gwizdną i na moje miejsce będą mieli tłum ludzi z ulicy, którzy nie będą pyskować i spełnią każde polecenie. Ja nie reaguję na gwizdy. Jestem dziennikarzem z dużym stażem zawodowym, po studiach na UW, z nagrodą SDP “Za wybitne osiągnięcia dziennikarskie”. Pewnie będę gdzieś pisać – byłbym wdzięczny za przesyłanie info na adres: lik.stowarzyszenie@gmail.com
Dzięki wielkie za lata współpracy – w “Superaku” i w “Fakcie”. Fajnie było współpracować z profesjonalistami. Bo takich było wielu. O pętakach szkoda mówić tu I teraz. Lepiej na sali sądowej….
Pozdrawiam – Grzegorz Dudziński (aktualna kom. 509-76-76-89)

Grzesiek – trzymamy za Ciebie kciuki. Mam nadzieję, że po wygranym procesie napiszesz odcinek naszego bloga. Albo kilka odcinków – Dawid

Marzec 25 2010

Samozwańcy wolnej prasy

Taggi : , , , , , ,

sztandaryZ poprzedniego odcinka, zawierającego materiały z Super Expressu, cały świat dowiedział się, że wolność polskiej prasy jest zagrożona przez błędne i skandaliczne wyroki polskich sądów. Kilka wyrwanych z kontekstu wypowiedzi autorytetów prawnych, odrobina żonglerki statystycznej i mamy wspaniały przykład brukowego lobbingu pod płaszczykiem „obrony wolności słowa”! Zagranie inteligentne. Jednak przy głębszej analizie puste i populistyczne.

W pierwszym materiale już na wstępie dowiadujemy się, że aż 65 proc. Polaków jest za podglądaniem celebrytów. I wniosek – Polacy żądają takiej informacji, a skoro sądy zabraniają, to są one przeciw wolności słowa i przeciw demokracji.

Proponuję sprawdzić w sondażu, ile proc. naszych rodaków byłoby za odebraniem siłą majątków ludzi bogatych i rozdaniem tych pieniędzy biednym. Ilu za trzydniowym tygodniem pracy w zamian za potrójne wynagrodzenie. Ilu w końcu zgodziłoby się z twierdzeniem, że państwo musi zapewnić każdemu młodemu małżeństwu darmowe mieszkanie i samochód. Jeżeli byłoby to realne, ja też byłbym za.

Cóż z tego wynika? Absolutnie nic. Samo chciejstwo nie wystarcza. Czy to, że wścibski Kowalski chce koniecznie zobaczyć na zdjęciu, jakie kapcie nosi pan Linda, jakie majtki założyła pani Rossati oznacza, że dostarczenie tych informacji staje się częścią misji mediów? Absolutnie nie!

Schlebianie niskim instynktom, zaspokajanie niezdrowej ciekawości, nie może być mieszane z hasłami walki o wolność mediów i w obronie demokracji! Jaki wpływ na rozwój czy upadek demokratycznych zasad ma nowy stanik Dody czy cellulitis u nieco starszej aktorki? Rząd od tego nie upadnie, nie martwcie się koledzy z Superaka!

Co do wolności, autorzy tych tekstów chcą nas przestraszyć kolejnym kneblem. Celowo, z rozmysłem mieszają tu pojęcia „wolności” i „anarchii”. Czymże jest wolność? Każdy człowiek potrzebuje wolności i ma do niej prawo. Ostateczną granicą prywatnej wolności musi być jednak nienaruszalna granica wolności innych ludzi. Nie wolno poszerzać swojej strefy wolności kosztem innych ludzi. Takie przypadki bywały w historii nader często i potem historycy określali te zjawiska jako dyktatury. Swoją przestrzeń życiową (przestrzeń wolności) poszerzało Imperium Rzymskie, gnębiąc połowę świata. W ostatnim stuleciu też mieliśmy niesławne przykłady szerzenia wyższości rasy nordyckiej czy haseł międzynarodówki socjalistycznej. W obronie wolności swojego ludu i wyższości swojej religii występują islamscy terroryści – czy ktoś poza nimi samymi popiera takie dążenia?

Bardzo źle stałoby się, gbyby prawodawca uległ temu populistycznemu lobbingowi. Rzekoma „wolność prasy” stałaby się dyktaturą medialnych kolosów, które i teraz są niemal wszechwładne. Każdego możnaby zniszczyć – choćby przez publikację zdjęcia, na którym znany aktor czy polityk dłubie w nosie czy kłóci się z żoną. To media, nie będąc zagrożone procesem i odszkodowaniami, decydowałyby o upadkach rządów, o kształcie kolejnych ustaw, o wyborze przedstawicieli parlamentarnych – czyli o losach państwa. Stałyby się superwładzą – i o tym marzą wydawcy Superaka (Faktu zresztą też).

Na takie pozakonstytucyjne, bezprawne, zagrażające demokracji rozwiązania nie może być zgody. Inaczej wszystko będzie na sprzedaż – nasze życie, nasza prywatność. Kto bowiem decyduje o tym, czy dana osoba jest VIPem lub celebrytą? Media! I pewnego pięknego dnia pewien wydawca może stwierdzić, że od dzisiaj to właśnie Ty, drogi Czytelniku, jesteś VIPem! Z dnia na dzień utracisz całą swoją prywatność w globalnym świecie Wielkiego Brata! I nie będziesz wtedy mógł szukać ratunku w sądzie – bo przecież media mają prawo do wolności w rozumieniu brukowym! Chcecie takiego świata?

Dawid

Marzec 19 2010

Wolność mediów brukowa

Taggi : , , , , ,

super-express-faktDziś dwa materiały z Super Expressu. Skomentuję w następnym odcinku

Dawid

Sondaż: Chcemy wolnej prasy

Data publikacji: 16.03.2010 06:44

Aż 65 procent Polaków nie widzi nic złego w publikowaniu zdjęć zrobionych znanym i popularnym osobom w miejscach publicznych! A to oznacza, że chcemy wolnej prasy i mówimy stanowcze “nie” jakimkolwiek próbom wprowadzania cenzury w mediach. Nawet jeśli nie podoba się to celebrytom!

Jak wynika z sondażu Gemiusa dla Newseek.pl, oczekiwania Polaków całkowicie rozmijają się z orzeczeniami Temidy.

Kilka dni temu Sąd Okręgowy w Warszawie nakazał “Super Expressowi” przeprosić Tomasza i Hannę Lisów oraz wypłacić im pokaźne odszkodowanie. W uzasadnieniu wyroku stwierdzono m.in., że drukowanie zdjęć bez zgody fotografowanych, nawet jeśli te zrobione są w miejscach publicznych, jest niedopuszczalne.

Przeczytaj koniecznie: Kasia Cichopek powie Ci, jak schudnąć

To nie pierwszy taki wyrok w sporze gazety z celebrytą. Tymczasem na Zachodzie tego typu sprawy kończą się inaczej. J.K. Rowling, miliarderka i autorka serii książek o przygodach Harry’ego Pottera, chciała w sądzie wywalczyć zakaz publikacji zrobionych na ulicy zdjęć swojego syna. Przegrała. – Prawo nie zapewnia sławom strefy wolnej od prasy dla ich dzieci – oświadczył sędzia i odrzucił jej żądania w całości.

Medioznawcy przyznają, że wyniki sondażu Gemiusa wcale ich nie zaskakują.

- Podglądanie, zwłaszcza atrakcyjnych celebrytek, zawsze było ulubionym zajęciem małych chłopców. Dziś chłopcy są dorośli i przyznają, że “z wiekiem wcale im nie minęło”. Mało tego, chcą więcej – mówi prof. Maciej Mrozowski.

Przeczytaj koniecznie: Kudelski znalazł “duchową drogę”

Według prof. Tadeusza Kowalskiego ludzie znani są zakładnikami swojej popularności. – Od tego, jak często pisze się o nich w gazetach, zależy chociaż-by wysokość ich honorariów. Dlatego użalają się nad swoim losem, a jednocześnie prowadzą z mediami cyniczną grę – rozpuszczają plotki, wysyłają do redakcji zdjęcia, ustawiają się na tzw. sesje z ukrycia – podkreśla specjalista. Najwyraźniej Polacy oczekują od celebrytów konsekwencji.

Autor: TS

To jest sensacja, na którą “Super Express” czekał i bardzo liczył! Jeden z najwybitniejszych polskich prawników, profesor Piotr Kruszyński w dzisiejszym wywiadzie dla nas zdecydowanie i otwarcie krytykuje orzeczenie polskiego sądu! Krytykuje sąd, który ukarał nas w sprawie z Tomaszem Lisem za publikowanie zdjęć znanych dziennikarzy zrobionych w miejscach publicznych.

Sąd błędnie, według profesora, uznał, że wolne media w wolnym kraju nie mogą zamieszczać fotografii popularnych osób zrobionych choćby na ulicy, jeśli celebryci się na to nie godzą! Sąd w ten sposób chce założyć kaganiec na wolne media, wprowadzić cenzurę i zakazać “Super Expressowi” jego misji: misji pokazywania prawdy!

Słowa profesora Piotra Kruszyńskiego kierowane do błądzących polskich sądów są jasne i oczywiste: “Osoba publiczna w miejscu publicznym musi się liczyć z tym, że będzie miała zrobione zdjęcie” i “Media mają prawo sfilmować osobę publiczną w miejscach publicznych i kropka”. Te słowa dedykuję polskim sędziom, którzy działając w interesie bogatych i wpływowych, chcą zniszczyć wolną prasę i demokrację, która nie istnieje bez kontrolnej funkcji mediów.

Warto wspomnieć, że profesor Piotr Kruszyński był jedną z osób, które najmocniej krytykowały nas za opublikowanie filmów z senatorem Piesiewiczem (tu pozwolę się z Panem Profesorem nie zgodzić), jest też osobą niezwykle ceniącą Tomasza Lisa i jego dziennikarski dorobek. Nie miał jednak wątpliwości, że wolne media trzeba w demokratycznym społeczeństwie bronić przed niesprawiedliwymi i nierozsądnymi wyrokami sądów.

Autor: Sławomir Jastrzębowski, naczelny SE

Styczeń 26 2010

Błotne kąpiele na balu

Taggi : , , , , , , , ,

balTegoroczny Bal Dziennikarzy pokazał prawdziwy obraz polskich mediów. Impreza miała szczytny cel – zbiórkę pieniędzy na rodziny zastępcze. Każdy wie, czym różnią się takie formy wychowywania dzieci w rodzinach od najlepszych nawet Domów Dziecka. Po prostu wszystkim! Tylko przyklasnąć, że brać dziennikarska zebrała się tłumnie wokół jednej, pięknej idei. O czym po balu krzyczały czołówki gazet? O milionach na sierotki? O tysiącach wspartych rodzin zastępczych? Nie – wszyscy od brukowców po poważne tytuły rozstrząsali pyskówkę pomiędzy Dodą i Piotrem Tymochowiczem. Z wypiekami na twarzy można było wysłuchać Dody, która mówi, że to kolega pomógł Tymochowiczowi w zrobieniu własnego dziecka. Potem zaciskać w geście solidarności pięści, słuchając Tymochowicza, który nazywa Dodę szmatą i kwestionuje jej IQ. Na koniec przyznać rację zrozpaczonemu biologicznemu ojcu (DJ Pawelec), którego Tymochowicz i narzeczona odcinają od córeczki. Albo wzruszyć się szczerym wyznaniem narzeczonej Tymochowicza, która oskarża Pawelca o dążenie do usunięcia ciąży… Albo… Itd. Brazylijska telenowela z dramatem dziecka w tle! Dokąd my doszliśmy? Do publicznego szaletu we wszystkich polskich mediach?! Czy naszych Czytelników powinny obchodzić prywatne sprawy grupki znanych osób? Czy to jest dziennikarstwo? Ktoś powie – ta kłótnia była publicznym wydarzewniem i jako taka straciła walor prywatności. Czy ktokolwiek dałby czołówkę gazety o kłótni dwóch meneli pod budką z piwem? Taki temat trafiłby co najwyżej do kroniki ktryminalnej. A kiedy jeden celebryta powie coś przykrego drugiemu celebrycie robi się z tego news! To prywatna sprawa tych czworga ludzi, że zdecydowali się publicznie prać brudy, obrzucać się błotem. Być może mieli powody i być może swoje racje. Tematem samym w sobie jest walka biologicznego ojca o prawa do dziecka. Czy też żal i osamotnienie porzuconej kobiety. Jasne, że tak – ale to dziennikarz powinien oddzielić w tym przypadku ziarno od plew. Rzeczowe argumenty od zwykłego błota. Dlatego właśnie tak ważną w dzienikarstwie cechą jest profesjonalizm. Przykładowo – narzeczona Tymochowicza w nakręconym oświadczeniu mówi rzeczowo o sytuacji swojej i swojego dziecka. W kolejnych zdaniach oskarża Pawelca o sprawy, które trudno udowodnić. A cytowane są obie części tej wypowiedzi. Tymochowicz opowiada o swoim adoptowanym dziecku. W kolejnych słowach nazywa Dodę szmatą. I też idzie wszystko – bo to podkręca emocje! Rynsztok i bagienko wśród celebrytów – ciesz się i dziwuj narodzie! Tegoroczny Bal Dziennikarzy i jego skutki medialne to kolejny przykład na wielokrotnie już stawianą tu tezę o tabloidyzacji WSZYSTKICH polskich mediów. Schlebianie najniższym instynktom czytelniczym zamiast misji. Opisywanie, kto komu strzelił w gębę, kto na kogo napluł i kto z kim spał zamiast spraw naprawdę ważnych. Doda całująca prezydenta czy bluzgająca na Tymochowicza zamiast sprawy rodzin zastępczych. Brukowiec Story to opowieść nie tylko o Fakcie czy Superaku – to opowieść o wszystkich mediach dokonujących wyboru tematu w sposób bulwarowy, tabloidowy. Kto poda wyjątki? Dawid

Styczeń 21 2010

Komuna stworzyła bestię

Taggi : , , , , , ,

pikna_i_bestia_03Pretekstem do dzisiejszego odcinka jest film, nadesłany do nas przez kolegę. Temat: manipulacja w przekazach TVNowskich. Całość przekonywująca i dobrze zmontowana. Piszę: kolega, choć nigdy w życiu tego człowieka nie widziałem na oczy. Znamy się z Internetu. Nie podam Wam jednak Jego nazwiska. Dlaczego? Dobre pytanie.

Pamiętacie film Pawła Znyka „Szkoła uwodzenia świadomości”? Publikowaliśmy to jeszcze na blogspocie. Tam autor przedstawił się z imienia i nazwiska. Cóż się stało? Wybuchła dysputa merytoryczna? TVN przedstawił swoją argumentację, wykazującą błądzenie Pawła Znyka? A skąd!

TVN posłał w teren reportera śledczego, niejakiego pana K. Człowieka, który swoje pierwsze kroki zawodowe stawiał w „Superaku”. Czyli umiał dowalić, kiedy trzeba. Reporter K. odwiedzał wszystkich znajomych Pawła Znyka. Wypytywał o wszystko, co mogłoby rzucić cień na krytyka TVN. O kochanki, nieślubne dzieci, wydatki, dziwne zachowania itd.

Pech chciał, że dr Paweł Znyk okazał się człowiekiem, na którego niełatwo znaleźć haka. Materiał reportera K. nie ukazał się – przecież nie o laurkę chodziło! Paweł nadal jednak odbierał pogróżki, pojawiły się ataki na jego pracodawcę.

Bloger Fiatowiec, piszący o walce z koncernem Fiata, przyznaje, że za głowy (a raczej nazwiska) autorów firma wyznaczyła nagrodę. Jak na Dzikim Zachodzie. Wanted – i każdy może sobie postrzelać. I zgarnąć nagrodę.

Te same historie mieliśmy na naszej stronie. Najpierw prawny atak na Interię, aby usunęła zdjęcia. Interia przestraszyła się doskonale opłacanych prawników Faktu. Potem w komentarzach typowanie autorów bloga. Bartek Szambelan – bo pokłócił się z redakcją Faktu, kiedy jeden z redaktorów postanowił wepchnąć do Poznania swoją kochankę. Wojtek Wardejn – bo napisał książkę o Fakcie. Grzesiek Dudziński – bo jako pierwszy pozwał Fakt o mobbing. Takie strzały na oślep.

Były ataki hakerskie na nasze prywatne maile, na stronę. Wiemy, że ASP zatrudnił informatyków spoza firmy, aby wykryli i zniszczyli autorów piszących i komentujących na naszej stronie. Tak właśnie działają korporacje medialne.

Prawnie niewiele nam mogą zarzucić, podobnie TVN Pawłowi Znykowi. Pechowy art. o krytyce prasowej! Podlega jej każdy Kowalski w naszym kraju, każdy prokurator, urzędnik, polityk. W imię zasady: prawdziwa cnota krytyk się nie noi. A jednak koncerny się boją. Dlaczego? Czyżby nie były aż tak cnotliwe?

Fakt ma w swojej historii „sprawę słupów”. Tego dowiedzieliśmy się z kolejnego maila. Pewna pani napisała, że kilka lat temu „robiła za faktowego słupa”. Członek jej rodziny pracował w redakcji. Ponosił koszty swojej działalności – paliwo, telefony itd. Te wszystkie kwoty były zsumowane i wypłacane autorce maila w formie umowy o dzieło. Jakie dzieło? Artykuły prasowe!!!

Autorka maila poszła na wszelki wypadek do Państwowej Inspekcji Pracy. Tamtejszy prawnik złapał się za głowę. Skwitował, że pani musi jak najszybciej zgłosić całą sprawę prokuratorowi, bo sama będzie odpowiadała za współudział. Nie zgłosiła, bo nie chce być ciągana po sądach. I mic się nie dzieje. My na stronie gromadzimy to i kiedyś pewnie zrobimy użytek z tego materiału w sensie prawnym.

Powyższa historia to kolejny przykład na poparcie tezy o poczuciu wszechwładzy i bezkarności naszych koncernów medialnych. Kowalski za taki numer dostałby potężny domiar, koncern śpi spokojnie. Znamienne, że inspetor PIP nie wszczął od razu postępowania, tylko odesłał panią do prokuratury…

Dzisiejsza samowolka mediów to spadek po komunie. Starsi pamiętają – przed 1989 prasie z zasady się nie wierzyło. Na ścianach domów w całej Polsce pojawiały się zamalowywane napisy „prasa kłamie”. W tym czasie funkcjonowała alternatywa prasy reżimowej – prasa podziemna. Ludzie ideowi, pracujący za „dziękuję”, wierzący w misję dziennikarską… Bibułe czytało się, jak Biblię. Skoro podziemne – musiało być prawdziwe. Odbiorcy spragnieni byli prawdy i zakładali, że ją dostają w postaci kartki z powielacza.

Zwycięstwo i wolność. I na polski ryneczek wkraczają wielkie koncerny medialne. One nie walczyły o wolność, o swobodę słowa. Doskonale jednak wchodzą w gotową zbroję rycerza słowa. I te koncerny produkujące prasę poważną, i wydawcy bulwarówek.

Korzystają z bonusa, na jakiego nikt na świecie liczyć nie może – zgagi po komunie. Sądy w Polsce rzadko orzekają przeciwko dziennikarzom – bo przecież byłaby to ponownie cenzura!

Stąd całkowita bezkarność mediów, bo zawsze można zasłonić się „wolnością słowa”. To przyklepie pan sędzia, który za komuny też orzekał, ale nie chciałby, aby ktokolwiek o tym pamiętał. Każdy sędzia w Polsce ma w tyle głowy myśl, że w przypadku skazania dziennikarza czy redakcji zyska etykietkę „walczący z wolnością prasy”. Nieuprawnioną etykietkę, aczkolwiek o tym nikt nie będzie dyskutował.

Koncerny medialne są zatem bezkarne. Otulają się w cudze sztandary „walki o wolną prasę” i żądają profitów. Walka o ideały jest im obca, dlatego nie rozumieją ludzi, którzy bez żadnych pieniędzy chcą takie koncerny atakować.  Dlaczego atakują? Dlaczego nie przyjmują łapówek za odstąpienie od tych ataków? Głupi po prostu…

Bezkarne pod względem sądowym koncerny medialne wpadły w pułapkę jednowładztwa i absolutyzmu. Już nawet nie IV władza – to cappo di tutti capi, szef Boga (jak się nazwał jeden z komentatorów). Kto śmie krytykować boskość? Naszą nieomylność?

Tak to dzisiaj wygląda. Film, o którym wspominałem, jest pod adresem:

http://www.youtube.com/watch?v=Boypjplnn-U&feature=youtube_gdata

Zobaczcie i sami oceńcie. Nie potwierdzam i nie zaprzeczam, że autorem jest dr Paweł Znyk. Z powodów opisanych wyżej.

Dawid

Styczeń 08 2010

Polemiczki na kamyczki i patyczki

Taggi : , , , , , , , ,

donkichotPrzerażające są przykłady toczących się w Polsce debat, polemik, dyskusji prasowych. Nie idzie o to, żeby rozmówcę przekonać do swoich argumentów. Przeciwnikowi trzeba dokopać, obrzucić kamieniami i patrzeć, jak interlokutor zalewa się krwią. Jednym słowem – zamiast duchowej, ideowej potyczki zwykły tabloid z prostymi przekazami i etykietami.

Można być albo przeciwko, albo za. Zawsze z odpowiednią etykietką. Jeżeli podoba mi się przyznanie Lisowi tytułu Dziennikarza Roku, to jestem za celebrytami i „Pressem”. Jeżeli przeciwko – to należę do grona zawistników, którzy zazdroszczą Lisowi prestiżu.

Jeżeli nie podoba mi się postępowanie Superaka w sprawie Piesiewicza, to albo jestem zwolennikiem Platformy, albo pracuję na Czerskiej. Jeżeli bronię dziennikarzy SE w imię wolności mediów, to pewnie pracuję w Superze i mam obronę firmy w zakresie swoich obowiązków.

Na tej stronie też mieliśmy takie przykłady. Chwaliłem Grześka Lindenberga za Jego wizję „Super Expressu”. Potem „Press” zacytował Lindenberga, który brutalnie i bez przebierania w słowach zaatakował ludzi piszących na „blogach zemsty” (w domyśle – na naszym blogu). Co było potem? Triumfalny szał wśród przeciwników naszego pisania!

Nagle przyznali, że wielu ludzi szanuje Grzegorza Lindenberga, choć wcześniej wieszali na nim psy. I pytanie: „Naplujecie teraz na Grzesia L.? Przecież zanim nie powiedział wam co o was myśli śmiecie byliście jego adoratorami”.

Ja nadal szanuję Grześka Lindenberga i nie widzę powodu, abym zmienił zdanie. Zrobił polską wersję tabloidu odmienną od zachodniej. Wersję przyjazną ludziom, nie krzywdzącą ich niepotrzebnie. Nie traktuję Grzegorza Lindenberga jak kamyk, którym mogę cisnąć w przeciwnika. Albo jak kij, którym mogę rozdzielać razy. Jeżeli piszę, że go szanuję, to jest to prawda. I nie zależy to od aktualnej sytuacji, koniunktury czy konkretnej wypowiedzi Grześka. Jeżeli ma inne zdanie, niż ja – będziemy się pięknie różnić, tyle… A może pytanie dziennikarza było z gatunku tych tzw sugerujących. Mało istotne.

Być może nie wyrosłem nigdy z okresu młodzieńczego buntu. Być może jestem naiwny w swojej wierze, że ludzie mogą mieć różne zdania i nie musi to wynikać z konfliktu interesów. Że mogą przyznać rację przeciwnikowi, kiedy zrozumieją jego punkt widzenia. Powiem szczerze – wolę takie postrzeganie świata. Choćby miało polegać na wiecznym zdziwieniu. Takim, o jakim pisał Jonasz Kofta: “kiedy się dziwić przestaniesz, będzie po nas”…

W tym rozumieniu wolę się dziwić przez cały czas. Wolę słuchać, co ludzie mają do powiedzenia. Czy jest to coś istotnego, czy tylko stworzona na potrzebę chwili bańka mydlana. Jak chociażby cytowany już artykuł w „Pressie”. W miarę szczegółowo odniosłem się do niego w jednym z poprzednich odcinków („Z nazwiskiem brzmi ładniej”).

Kilka dni temu wysłałem do M. Kowalczyka, autora tekstu w “Pressie” zaproszenie z linkiem na stronę:

Zapraszam do polemiki. Do starcia na siłę argumentów, nie argumenty siły… Pozdrawiam – Dawid

Odpowiedź:

Witam, dziękuję za wnikliwą lekturę tekstu. Wszystko, co miałem do powiedzenia i wszystkie argumenty przedstawiłem w tekście. Pozdrowienia MK

Bez komentarza…

Grudzień 29 2009

Bruk autostradą, matrona latawicą

Taggi : , , , , , , , , ,

Jest pewne niebezpieczne zjawisko, które dziś łączy niemal wszystkie polskie media. Na użytek bloga rzecz nazwałbym „chciejstwem cnoty i podniety”. Część tego zjawiska opisał już Jacek Żakowski w Polityce. Niestety – tylko część, a obraz fragmentu większej całości wcale tej całości nie oddaje.

Z olbrzymim zdumieniem przeczytałem w Superaku całkiem sensowny wywiad na temat etyki dziennikarskiej. Podobnie odbieram felietony w Fakcie. Takich materiałów nie ma w zachodnich odpowiednikach naszych brukowców. Dlaczego? Bo tam rynek medialny od dawna jest już podzielony pomiędzy wielkie koncerny i poważniejsze przesunięcia są raczej mało realne. Tam wiadomo, że brukowce są tylko i wyłącznie lekturą rozrywkową. Taką mają funkcję społeczną, taki target. Nikt na Zachodzie nie pcha poważnych materiałów do niepoważnej gazety – bo i po co? Mądrzy i tak nie kupią, a głupi się znudzą podczas lektury.

U nas wydawcy brukowców widzą sens w uwiarygadnianiu swoich gazet na różne sposoby. Komentatorzy piszą felietony w Fakcie czy Superaku, po czym idą brylować do telewizji – oczywiście jako przedstawiciele tych redakcji.

Do telewidzów idzie ukryty sygnał: skoro telewizja zaprosiła pana B. czy W. jako dyskutanta, to pewnie jest to mądry człowiek. Skoro jest mądrym człowiekiem, to pewnie nie pisze bzdur w swoim rodzimym brukowcu. Skoro nie pisze bzdur, to może warto przeczytać taką gazetę?

Podobne znaczenie mają przeglądy prasy, w których cytowane są bulwarówki. Odbiorcy nie wiedzą, że takie przytoczenie treści głównych artykułów w radio czy TV jest elementem zwykłej kampanii reklamowej, za którą płaci redakcja. Widzowie, słuchacze przyjmują za pewnik, że Fakt czy Superak należy do prasy opiniotwórczej – bo przecież jest cytowany.

Te tytuły nie zamierzają rezygnować ze swojego bulwarowego charakteru. Po prostu sięgają po kolejnych czytelników, z nieco innych półek. A nuż uda się uszczknąć trochę czytelników „Wyborczej” czy „Rzepie”. Powie ktoś – każdy ruch zwiększający sprzedaż jest dobry dla redakcji. Być może, ale czy jest dobry dla całego dziennikarstwa?

W ten sposób brukowce starają się zacierać różnicę pomiędzy prasą poważną, a bulwarówkami. Między prawdą i kłamstwem, między rzetelnym informowaniem a pogonią za sensacją.

W ten sposób wszystko staje się względne i zależne od punktu widzenia. Wszystko – także normy etyczne. Nie ma nic stałego, żadnego ponadczasowego odnośnika. Nie ma – a zatem wolno wszystko. Wolno w gazecie kłamać, wolno niszczyć ludzi.

Nasze bulwarówki w tym względzie przypominają kurtyzanę, która stara się przekonać każdego z rozmówców o swojej rzekomej cnocie. Niektórzy w to uwierzą, niektórzy nawet poprą takie „chciejstwo cnoty”, ale nie zmienia to jednego – dla uważnych obserwatorów ta pani będzie jedynie żałosną kłamczuchą.

I druga strona medalu – gazety, wydawałoby się, poważne u nas startują w konkurencji tabloidalnej. W jednym z pierwszych odcinków bloga zamieściliśmy zdjęcie Weroniki Rosati, której… widać majtki. To zdjęcie pochodziło z czołówki „Dziennika”! Po co taka publikacja? Może po to, by zachęcić nowych ewentualnych czytelników, którzy dotychczas zaczynali lekturę Faktu od rozebranej panienki na ostatniej stronie?

Teksty w wydaniach lokalnych „GW” w zasadzie niczym się nie różnią od tekstów w bulwarówkach. Tu na czołówkach też ląduje świeży trup czy romans regionalnych VIPów. Podobna gradacja tematów ma miejsce w telewizjach, zwłaszcza komercyjnych (choć niestety nie tylko). Miejsce rzeczowej, poważnej publicystyki zajmują seriale, sitcomy. Miejsce prawdziwych gwiazd kina czy teatru – showmani i serialowe gwiazdeczki.

Poważne media pikują w dół, w poszukiwaniu kolejnych odbiorców. Tym razem chcą uszczknąć czytelników Faktowi czy Superakowi. Przyciągnąć przed ekran telewizora jak najwięcej tej mniej wymagającej tłuszczy, nie tracąc przy okazji wykształciuchów.

Tej pokusie oparły się nieliczne tytuły. Cała reszta lawiruje pomiędzy misją dziennikarską, a „chciejstwem podniety”. Czyli trawersując poprzednie porównanie – stateczna mężatka, która chętnie, acz ukradkiem, rzuca się w wir zapomnienia.

Odbiorca mediów w takiej sytuacji traci orientację. Nie wie, czy ta poważna gazeta stała się niepoważną, czy może ten brukowiec awansował do roli prasy opiniotwórczej. W taki sposób spada zaufanie do dziennikarzy. Co by potem nie napisali, każdy odbiorca będzie się zastanawiał: jaki teraz mają w tym cel? Czy piszą prawdę, bo im na tym zależy, czy też mają w tym konkretny interes? Na mąceniu wody, na zacieraniu różnic zyskują jedynie wydawcy (wielkie koncerny medialne). Być może do czasu – kiedyś ogłupiani odbiorcy powiedzą im dość i poszukają innych źródeł informacji, np. w Internecie. Tam już wybór jest szerszy. Można znaleźć coś nie będące dziwaczną hybrydą. Coś jednoznacznego, odpowiadającego w pełni konkretnym potrzebom. Czyli albo strona z ciekawymi esejami, albo z panienkami. Jednoznaczność w miejsce mętnej wody, ot co! Myślę, że każdy woli wiedzieć, czy rozmawia z prawdziwą kobietą, czy z dziwolągiem rozrywanym przez dwa przeciwstawne chciejstwa – cnoty i podniety.

Dawid

Grudzień 16 2009

Zrobili mnie w tabloid

Taggi : , , , , , , , , , , , , ,

Dwie kolejne niespodzianki świąteczne to historie nadesłane na antyfakt@gmail.com Nie wymagają komentarzy…
Dawid i przyjaciele

Jak „nazwalam” w Fakcie Edytę Górniak psychopatką
Byłam kiedyś naczelną pisma dla rodziców, a akurat wtedy Edyta Górniak, walczyła z tabloidami i zamieściła na swojej stronie zdjęcie swojego małego synka, który miał całą pupę w kupie.

Zadzwonił do mnie dziennikarz Faktu z prośbą o komentarz. Powiedziałam, że z pewnością nie zrobiła dobrze, bo kiedyś jej synowi, gdy znajdzie to zdjęcie w sieci, może być przykro, że takie zdjęcie kursuje po świecie. Może się czuć tym zawstydzony i zażenowany.

Mój komentarz dostałam mejlem do autoryzacji, bo zażądałam tego. Autoryzowałam go, również mejlem. Następnego dnia mało nie zemdlałam, jak przeczytałam, że rzekomo mówię o Górniak: Taka matka to psychopatka. Dziennikarz nie odbieral ode mnie telefonu, oczywiście.
Beata Banecka

Mój ojciec, gdy został ministrem, zaczął dostawać pogróżki – pocztą, a nawet telefonicznie, dzwonili do domu, na zastrzeżony numer telefonu. Ponieważ w domu jest dziecko, które wysłuchiwało tych psycholi nagrywających się z wulgaryzmami i bluzgami na sekretarkę, ojciec zawiadomił policję. Zostałam wezwana na przesłuchanie jako córka – policja chciała wiedzieć, czy nie mam żadnych wrogów itp.

W Pałacu Mostowskich spotkałam na korytarzu dziennikarza X, w tym czasie pracującego w Superaku. Zapytał, co tu robię, odpowiedziałam, że byłam na przesłuchaniu w związku z groźbami wobec mojego ojca. Oczywiście, następnego dnia w Superaku wywalony artykuł na całą stronę, a tytuł brzmi: Czuma: Boję się o własne życie. Ten reporter oczywiście nawet nie rozmawiał z moim ojcem. Wcześniej to był rzetelny dziennikarz, pracował w moim zespole w poważnym dzienniku. Co się z nim stało, jak przeszedł do Superaka? Poddali go praniu mózgu?

dziennik fakt

Walka Dawida z Goliatem...

Utwór prześmiewczo-dożynkowy

Historia pewnej prowokacji...

dziennik fakt dziennik fakt dziennik fakt dziennik fakt dziennik fakt dziennik fakt

Cały tekst możecie przeczytać: w tym wpisie

Muzyczna wersja Historii pewnej prowokacji: TUTAJ
Zagraj sam Historię pewnej prowokacji - słowa i chwyty gitarowe TUTAJ

PADALEC ROKU – czyli oszukali przy honorarium

Ranking oszustów medialnych – szczegóły: TUTAJ