Sierpień 27 2010

Łzy tanio sprzedam

Taggi : , , , , , , ,

lza 2Kończą się wakacje, czas powrócić do pisania. Tematów nie brakuje, choć kiedyś okres urlopowy był nazywany ogórkowym. Niestety, nie w tym roku. Oba nasze brukowce (Fakt i Superak) solidarnie poszły na całość w ostatecznej rozprawie z prawdziwym dziennikarstwem. Doszlusował TVN, potwierdzając swoją opinię tabloidu wśród telewizji.

Chodzi o tragedię z Bytomia. Siedmioletni Pawełek zostaje rażony prądem, płynącym przez ogrodzenie okalające plac zabaw. Piszą i mówią o tym wszyscy. Nic dziwnego – sprawa jest bulwersująca. W grę wchodzi albo niedbałość, albo celowe działanie robotników z pobliskiej budowy. Sprawa nie podlega dyskusji – o tym trzeba pisać. To leży w interesie społecznym. Trzeba ostrzegać, aby już nigdy nigdzie do takiej tragedii nie doszło.

Dla Super Expressu i Faktu (TVN zresztą też) taka misja społeczna to stanowczo za mało. Trzeba porazić Czytelnika, trzeba jemu sprzedać cały ogrom emocji. Oba tabloidy decydują się na rzecz straszną – publikują zdjęcia zrozpaczonego ojca, który tuli do piersi martwego synka. To samo pokazuje TVN. Dziennikarz telewizyjny pokazywany jest w reportażu, jak z pełnym poświęceniem próbuje dotrzeć do matki chłopca. Zatrzymuje go babcia mówiąc, że u mamy Pawełka jest w tej chwili psycholog.

Jakie pytanie chciał zadać dziennikarz TVN matce Pawła? Proponuję następujące warianty: „czy bardzo bolało, kiedy usłyszała Pani o śmierci syna?”, „Czy zapłakała Pani i zemdlała na tę wiadomość?”, ‘czy mogłaby Pani opowiedzieć naszym widzom o Swoim cierpieniu?”, ‘czy Bóg się odwrócił od Pani i Pawełka?”. Arsenał takich pytań jest zapewne spory.

O czym myślał fotoreporter strzelający fotkę zrozpaczonemu ojcu z martwym synem w ramionach? O premii, którą dostanie za to unikalne ujęcie? O tym, że jest świetnym fachowcem, skoro dotarł na czas? O tym, co sobie kupi za większą w tym miesiącu wypłatę?

O czym myśleli wydawcy, dopuszczając takie materiały do publikacji? O tym, że nic tak nie ożywia ‘jedynki”, jak świeży trup? O tym, że foto sprawił się dobrze i Czytelnicy będą mieli wspaniałą ucztę z rozedrganych emocji? Że ten numer gazety trzeba puścić w zwiększonym nakładzie? Że ten materiał na wizji zwiększy oglądalność?

Jak zareagowali Czytelnicy wspomnianych brukowców? Pod zdjęciami kilkadziesiąt komentarzy, domagających się usunięcia fotek. Określenia „hieny”, „sępy” należą do najdelikatniejszych. To Czytelnicy przypominają „dziennikarzom” Faktu i Superaka o czymś tak ulotnym, jak etyka dziennikarska. Zdjęcia jednak nie znikają – znikają za to niewygodne komentarze (sprawdziłem).

Kolejna granica została przekroczona. Media same z siebie przyznały sobie prawo wkraczania w najintymniejsze obszary życia. W imię prawa do informowania gotowe są pokazać autentyczne cierpienie, ból, łzy, rozpacz. Po to, aby każdy z Czytelników (widzów) mógł samodzielnie, własnym paluchem pogrzebać w autentycznej ranie. W normalnym życiu odbiorca prasy raczej nie ma zbyt często okazji do takiego oglądactwa. Nie ma – a my dajemy taką możliwość!

Zobacz, drogi Czytelniku (Widzu), jak płacze ojciec, który trzyma w ramionach martwe dziecko! Widzisz, jak go to boli? Zwróć uwagę na twarz – jakie cierpienie się na niej maluje! Te łzy są prawdziwe – i Ty możesz je oglądać dzięki nam! Czegoś takiego jeszcze w życiu nie przeżyłeś! Teraz my damy Ci słodko-mdlącą papkę słowną, opisującą tę straszną tragedię i zdjęcia – a Ty masz się wzruszyć i zapłakać!

Co z tego, że takie zdjęcia to kolejna trauma dla rodziców Pawła? Oni są tylko aktorami w tym medialnym spektaklu! Ofiarami rzuconymi na ołtarz prawa do informacji. Kogo obchodzi, że może taką tragedię chcieliby przeżywać w samotności? My media będziemy decydować, co wolno pokazać. Jaką kolejną granicę dziennikarzom wolno przekroczyć.

Dlaczego? Bo nikt nie jest w stanie nam tego zabronić! Załóżmy, że po skandalicznej publikacji zdjęć ojca trzymającego w ramionach martwego synka rodzina Pawła odda sprawę do sądu. Bez wątpienia wygra. Może 30 tys. zł, może 50. W każdym razie nie więcej, niż 200 tys. Tak u nas skonstruowane jest prawo, że nikt na własnej krzywdzie nie powinien zarabiać. Są to śmieszne kwoty w stosunku do poczynionych krzywd. Takie pieniądze redakcja brukowca ma już przygotowane na ewentualność procesu. Kalkulacja zysków i strat wykazuje, że szokowanie przysparza odbiorców, a co za tym idzie – zwiększa zyski. Odszkodowanie dla skrzywdzonej rodziny wrzuci się w koszty. A etyka dziennikarska, o której przypominają co bardziej wrażliwi Czytelnicy brukowców? Ona zysków nie przyniesie…

Dawid

Maj 18 2010

Propaganda sukcesu czy chamstwa?

Taggi : , , , , , , ,

murNapisała do nas osoba pracująca w Fakcie. W mailu była prośba o publikację tego na stronie. Konieczność takiej publikacji dla mnie jest oczywista. Zestawione fakty z życia Faktu wskazują dobitnie, że najważniejszym kierunkiem działania koncernu ASP jest maksymalny wzrost, maksymalny rozwój przy minimalnych kosztach pracy. Ta zasada się nie zmieniła i chyba nieprędko się zmieni.

Nadal dziennikarze, fotoreporterzy będą dla kadry kierowniczej jedynie wyrobnikami Słowa i Obrazu. Niestety – całe nasze dziennikarstwo wciąż jeszcze stoi przed murem stoczni i czeka na tych pierwszych, co mur przeskoczą. Długa droga przed nami – od zapyziałego, wilczego kapitalizmu po nowocześnie funkcjonujące redakcje zachodnie.

Są jednak i wieści pozytywne. W wielu miejscach grają wsiadanego – powstają związki zawodowe dziennikarzy. Oznaczałoby to, że polskie dziennikarstwo jest już na etapie Sierpnia 80. Do nadrobienia jeszcze 30 lat, ale może…

Dzisiejszy mail nie jest jedynym z redakcji Faktu. Nadawcy podkreślają, że nasz blog już im bardzo pomógł. Tym, że pisał o skrzętnie chowanych mrocznych stronach brukowca, i tym, że w ogóle powstał. Okazuje się, że sama możliwość opisania pewnych historii na tej stronie wpływa hamująco na zapędy mobberskie kierownictwa redakcji. “Kiedyś ze strachem odbierałem telefony z warszawki. Wiedziałem, że zawsze mogę liczyć na cierpkie słowa typu: ten temat jest do dupy, to jest gówno, szkoda czasu. A dziś się pilnują! Lecą teksty typu “kochany, ja bym chciał(a), żebyś mi zrobił coś innego” Jestem w szoku!!! Pracuje się łatwiej i masz Dawidzie w tym wielką zasługę! Dzięki i pisz dalej !” – czytam w liście od Kryspina. To dobra wiadomość – o to chodziło autorom tej strony. Skoro kierownictwu “Faktu” brakuje klasy, to pomoże kindersztuba w postaci choćby takiego bacika.

Mamy też kilka nadesłanych perełek, które sukcesywnie będziemy wypuszczać. Dzięki, Przekojot, za ostatnią przesyłkę. Postaramy się całość tak zamieścić, żeby każdy czytelnik sam mógł otwierać załączniki – bo warto. Dzięki temu więcej ludzi pozna prawdziwą twarz brukowców. A teraz zapraszam do lektury poniższego maila – Dawid

Jak wiadomo pracownicy Axel Springer otrzymują co jakiś czas news lettery. Oto jaki nadszedł właśnie do nas.

Prezes Sowa wyraża w nim radość, że skończył się kryzys w branży medialnej, informuje że AS osiągnął rekordowe zyski itd. Itp.

Ja mam nadzieję, że pisze nam to po to żeby nas poinformować, że wkrótce będą podwyżki płac. I jednocześnie przyznaje, że zwolnienia sprzed kilku miesięcy to była pomyłka i chamstwo koncernu razem wzięte.

W samym Fakcie wyrzucili 30 osób a teraz bezczelnie pokazują jakie to wspaniałe wyniki finansowe przynosi wydawnictwo.

Czekamy na podwyżki Prezesie czekamy. A jeśli one nie nastąpią to daruj sobie takie pierdzielenie, bo to tylko irytuje wszystkich, co dostają po 2 – 4 tys na miesiąc i wymaga się od nich poświęcenia życia dla chwały AS.

A oto dosłowne cytaty z owego maila:

Szanowni Państwo,

Koncern Axel Springer opublikował właśnie raport finansowy za pierwszy kwartał tego roku. Ogłoszone wyniki są rekordowo wysokie pomimo tego, że europejskie rynki nadal borykają się ze skutkami gospodarczego kryzysu.

Po raz pierwszy w swojej historii spółka wypracowała tak wysoki zysk EBIDTA, przekraczający w pierwszym kwartale 119 mln euro. Znacząco wzrosły też przychody firmy, w tym przychody reklamowe. Na tak dobry rezultat złożyły się wyniki gazet i czasopism z portfolio Axel Springer, co potwierdza, jak atrakcyjnym biznesowo medium pozostaje segment prasowy.

Świetnie radzą sobie również media cyfrowe, których przychody zwiększyły się w pierwszym kwartale o połowę. Coraz lepsze wyniki notują też zagraniczne spółki Axel Springer. Generują one prawie jedną czwartą przychodów koncernu.

Tak dobre wyniki pozwalają wierzyć, że najgorszy okres branża mediowa ma już za sobą. Prognozy na kolejne kwartały są w Europie optymistyczne.

Z poważaniem,
Marek Sowa, prezes zarządu

I drugi cytat :

Rekordowy wynik koncernu Axel Springer

Pomimo trudnej sytuacji gospodarczej koncern Axel Springer rozpoczął ten rok od znaczących sukcesów. W pierwszym kwartale 2010 r. zysk przedsiębiorstwa przed odliczeniem podatków, odsetek od kredytów oraz amortyzacji (EBIDTA) osiągnął rekordowy w historii firmy poziom 119 mln euro. Przychody grupy wzrosły o 7 proc. do 663,7 mln euro, a przychody z reklamy poprawiły się o ponad 12 proc w porównaniu do pierwszego kwartału 2009 r. Dynamicznie rozwijają się także media cyfrowe firmy. Ich przychody w pierwszym kwartale tego roku wzrosły o ponad 50 proc. Zagraniczne spółki Axel Springer wypracowały wskaźnik EBIDTA na poziomie 7,5 proc. Udział ich przychodów w ogólnych przychodach koncernu wzrósł do 23,8 proc.

“Przeprowadzone na wczesnym etapie cięcia kosztów i restrukturyzacja przynoszą teraz rezultaty. Dzięki Waszym wysiłkom w przeprowadzeniu zmian, dzięki Waszemu zaangażowaniu i kreatywności ze spokojem i optymizmem wchodzimy w kolejne kwartały. Serdecznie Wam za to dziękuję” – podkreślił w liście do pracowników Mathias Döpfner, prezes zarządu Axel Springer AG.

Marzec 04 2010

Wyrobnicy słowa koncernowi

Taggi : , , , ,

galery1Witajcie po dłuższej nieobecności! Musiałem pojeździć służbowo po Europie. Przy okazji spotykałem się z kolegami dziennikarzami z bardziej cywilizowanych krajów. Nie mogli uwierzyć, że my tak spokojnie godzimy się na niektóre rzeczy. Na zaniżanie stawek za artykuły. Na to, że wydawca może zamówić artykuł, a potem się rozmyślić i nie zamieścić, albo zamieścić i nie zapłacić.

Nie mogli tego zrozumieć, że w kraju Lecha Wałęsy i „Solidarności” dziennikarze są na tyle stłamszeni, że boją się głośno domagać swoich praw. „Gdzie są wasze związki zawodowe, dlaczego was nie bronią?” – pytali. Ja im na to, zgodnie z prawdą, że w redakcjach związków zawodowych praktycznie nie ma. Każda wzmianka o zakładaniu takich organizacji wywołuje u wydawców nerwowe reakcje. „Skoro nie macie związków, to dlaczego się dziwisz, że koncerny wami pomiatają? Szanuje się tylko poważnego przeciwnika, słabego ma się za nic”. Tak, tak – przeciwnika, bo interesy szefów redakcyjnych i szeregowych dziennikarzy w tych najbardziej podstawowych kwestiach zawsze były i będą sprzeczne. Wydawca chce dostać jak najwięcej, płacąc jak najmniej. Dziennikarz ma priorytety dokładnie odwrotne. Już niedługo zamieścimy tu odcinek instruktażowy, poświęcony zakładaniu związku zawodowego. Co, jak i w jaki sposób. Takie abecadło związkowe.

Nawiązując do sprawy wykorzystywania szeregowych dziennikarzy przez wydawców – w większości redakcji łamie się prawa pracownicze dotyczące ilości godzin pracy. Dziennikarze zwykle mają nienormowany czas pracy. W praktyce oznacza to 24-godzinny czas pracy przez siedem dni w tygodniu. Pracy albo chociaż gotowości do pracy. Stałą dyspozycyjność – niezależnie od sytuacji.

To niezwykle korzystne rozwiązanie dla wydawców. Po co zatrudniać trzech dziennikarzy na dobę na 8-godzinne dyżury, skoro to wszystko może załatwić jedna osoba?! To jawne łamanie prawa pracy. Nikogo nie interesują skutki takiej roboty. Młody, pełen zapału reporter lubi taką pogoń. Czuje się niezwykle potrzebny redakcji, wręcz niezastąpiony. Lata mijają, a on wciąż biega po terenie z laptopem i dyktafonem, czy z kamerą pod pachą. I jest coraz bardziej zmęczony pracą ponad siły, coraz bardziej schorowany. A takiego już redakcja nie potrzebuje – są młodsi, zdrowsi, tańsi. Pojawiają się frustracje, stąd blisko do naszej zawodowej przypadłości – pociągu do trunków procentowych.

A przecież można zupełnie inaczej. Dyżury redakcyjne, po przepisowe osiem godzin. Soboty i niedziele wolne dla regeneracji sił i „pobycia” z rodziną. A jeżeli w niedzielę trzeba popracować, to zgodnie z przepisami prawa pracy pracownikowi należy się dodatkowy dzień wolny w ciągu tygodnia albo wypłata za nadgodziny. Każdemu pracownikowi – dziennikarzowi także.

Korzystajmy już teraz (nawet bez związków zawodowych) z możliwości egzekwowania swoich praw do pracy w określonym czasie! Jeżeli pracodawca zmusza Cię do tyrania 24 godziny na dobę świątek piątek i w niedzielę – zgłoś to do Państwowej Inspekcji Pracy! Inspektor musi przyjąć Twoje zawiadomienie i wszcząć postępowanie. Anonimy nie mają sensu – nie będą rozpatrywane. Można zastrzec swoje dane, wtedy nie pozna ich pracodawca. Inspektor ma obowiązek prawny ochrony danych osoby zgłaszającej problem (relacja podobna, jak w sytuacji dziennikarz – informator). Warto pomyśleć o tym dzisiaj, żeby jutro nie żałować…

Dawid

Styczeń 25 2010

Co się stało z naszą prasą ?

Taggi : , , , , , ,

kaganiecDzięki za listy, uwagi, komentarze. Właśnie tak rozumiem sens istnienia tej strony – jako prowadzenie konstruktywnego dialogu. Takiej rozmowy, w której wypowiedzi wnoszą nową wartość, nie są monologami. Poniżej bardzo istotny komentarz Fiatowca. Człowieka spoza branży dziennikarskiej, naszego Czytelnika, Widza, Słuchacza. Czy nie ma racji?

Fiatowiec pisze:
Prawdą jest to co napisałeś w tym wpisie, ale tylko to, że komuna stworzyła bestię, bo my sami ją teraz karmimy. W Polsce i media chodzą, a raczej ich wydawcy na pasku reklamodawców. Dam Wam ostatni przykład z piątku 21 stycznia br., a mianowicie pod bramą zakładu FIAT AUTO POLAND w Tychach odbyła się pikieta zjechały wszystkie polskie media. Hm wydaje się nic dziwnego to wydarzenie, news, bo pracownicy walczą o godną pracę i godziwą płacę w czasie kryzysu. Jednak nic z tego “bezstronni” dziennikarze nakręcili, ponagrywali i pospisywali wszystko, a następnie umieścili to w swoich archiwach, bo wydawcy tego nie puścili. Fiat jest potężnym koncernem i nie pozwoli sobie na takie działania medialne, a więc materiały zostały zablokowane. Czy tak miała wyglądać nasza cenzurowana wolność???

Dawid pisze, że za głowę Fiatowca prowadzącego blog pracowniczy pod nazwą – “Czy Fiat Auto Poland to włoski obóz pracy w Polsce?” została wyznaczona nagroda (10 tys. zł) potwierdzam to prawda. Tylko pytanie jest jedno czy aby nie cofnęliśmy się 30 lat wstecz i stajemy przed tymi samymi dylematami jakie mieliśmy przed wprowadzeniem stanu wojennego?

Dobrze, że pracownicy, dziennikarze i niektórzy menadżerowie budzą się z letargu, bo powstawanie takich blogów jak ten jest tego dowodem. Tylko one nie mogą zastępować gazet codziennych, bo tak na prawdę to one kształtują świadomość społeczną. Dla tego Wasza oraz nasza walka o wolność słowa jak również swobody obywatelskie jest tak ważna i potrzebna. Razem możemy zmienić ten świat, bo w jedności siła.

Pozdrawiam Fiatowiec

Chyba każdy z nas może przytoczyć podobne historie. Kiedyś napisałem dla tzw poważnej gazety dobrze udokumentowany materiał o ustawionych przetargach. Na koleżeńsko-biznesowych układach budżet tracił wiele milionów. Mój szef skakał do góry, na wszelki wypadek wspólnie po raz kolejny sprawdziliśmy wszystkie dowody. Do niczego nie można było się doczepić.

Następnego dnia nie odnalazłem tego tekstu w gazecie. Dzień później również. Tydzień później tak samo. Szef stał się nagle bardzo zapracowanym człowiekiem, który na nic nie ma czasu. W końcu jednak wyznał, że za przekrętami stoi wielka firma budowlana, „która u nas wykupiła potężną reklamę”.

Czyli ktoś z działu reklamy poszedł do tej firmy z moim gotowym materiałem i w ten sposób zachęcił biznesmenów do współpracy… Prasa w tym wypadku, mając w ręku dowody przestępstwa, zadziałała, jak rasowy szantażysta! Czyli dołączyła do grona kolesi-przekrętasów! Nb. ten tekst ujrzał światło dzienne po kolejnym tygodniu. Reklamodawca jednak nie wpłacił pieniążków i wtedy można było krzyknąć gromko w obronie prawdy.

Trudno mi zrozumieć, czym tak naprawdę kierują się w takich wypadkach szefowie redakcji. W danym momencie, w krótkiej perspektywie, jest istotnie szansa na większy czy mniejszy zysk w postaci dochodu z reklam. Warto jednak spojrzeć dalej – reklama jako forma neocenzury psuje nasz produkt (naszą gazetę, czasopismo, przekaz tv czy radiowy). Odbiorcy w końcu stracą zaufanie do sprzedajnych mediów, bo przecież takie historie o reklamach z machlojkami w tle rozchodzą się szybko pocztą pantoflową. Ciekaw jestem, czy istotnie obecny spadek czytelnictwa prasy wiąże się jedynie z sytuacją finansową Czytelników…

Z kagańcem reklamowym tego typu paradoksalnie mniejszy problem mają brukowce. Po prostu z zasady omijają tematy gospodarcze – bo zbyt nudne dla naszego targetu. Tak odgórnie zdecydowali sami wydawcy, bez pytania o zdanie Czytelników. W taki sposób ogromny obszar życia codziennego każdego Czytelnika zostaje poza zasięgiem. Inaczej mówiąc – neocenzura przez omijanie.

Za to zarówno Fakt, jak i Super Express ulegają kolejnej hydrze – neocenzurze układowej. O tym aktorze czy polityku źle nie piszemy, bo on nam akurat za chwilę udzieli wywiadu w domowych pieleszach. Odpuszczamy sprawę, bo on jest akurat z tej partii, z którą w danej chwili się kumplujemy. Tego nie krytykujemy, bo on dla nas pisze felietony czy porady prawne.

Nieważne, że ten VIP akurat wpadł na kłamstwie, drobnym oszustwie czy może szalał zbytnio w knajpie. On jest nasz, o nim nie piszemy. Ten schemat upada, kiedy „nasz kolega” wpadł w poważną aferę, o której piszą wszyscy. Wtedy najpierw trzeba odciąć się od tej znajomości, a dopiero potem przywalić z grubej rury.

Odbiorcy prasy są niesłychanie czuli na takie fałszywe gierki. Jedno przemilczenie może być wypadkiem przy pracy. Dwa – to już bardziej podejrzana sprawa. Trzy – to niemal pewnik, że mamy do czynienia z przejawem neocenzury. Wybór wśród tytułów prasowych czy kanałów na pilocie jest spory i odbiorca w każdej chwili może sięgnąć po swoją formę cenzury rynku – przez ignorowanie. Czytelnik, telewidz, słuchacz na ogół chce w przekazie medialnym widzieć prawdę. Dziennikarz też na ogół taką prawdę w tym przekazie chce zamieścić. Do iskrzenia dochodzi wyżej, na redakcyjnych szczytach, które na swoich sztandarach zamiast prawdy wpisują zyski. Na tym, niestety, tracą wszyscy.

Dawid

Styczeń 21 2010

Komuna stworzyła bestię

Taggi : , , , , , ,

pikna_i_bestia_03Pretekstem do dzisiejszego odcinka jest film, nadesłany do nas przez kolegę. Temat: manipulacja w przekazach TVNowskich. Całość przekonywująca i dobrze zmontowana. Piszę: kolega, choć nigdy w życiu tego człowieka nie widziałem na oczy. Znamy się z Internetu. Nie podam Wam jednak Jego nazwiska. Dlaczego? Dobre pytanie.

Pamiętacie film Pawła Znyka „Szkoła uwodzenia świadomości”? Publikowaliśmy to jeszcze na blogspocie. Tam autor przedstawił się z imienia i nazwiska. Cóż się stało? Wybuchła dysputa merytoryczna? TVN przedstawił swoją argumentację, wykazującą błądzenie Pawła Znyka? A skąd!

TVN posłał w teren reportera śledczego, niejakiego pana K. Człowieka, który swoje pierwsze kroki zawodowe stawiał w „Superaku”. Czyli umiał dowalić, kiedy trzeba. Reporter K. odwiedzał wszystkich znajomych Pawła Znyka. Wypytywał o wszystko, co mogłoby rzucić cień na krytyka TVN. O kochanki, nieślubne dzieci, wydatki, dziwne zachowania itd.

Pech chciał, że dr Paweł Znyk okazał się człowiekiem, na którego niełatwo znaleźć haka. Materiał reportera K. nie ukazał się – przecież nie o laurkę chodziło! Paweł nadal jednak odbierał pogróżki, pojawiły się ataki na jego pracodawcę.

Bloger Fiatowiec, piszący o walce z koncernem Fiata, przyznaje, że za głowy (a raczej nazwiska) autorów firma wyznaczyła nagrodę. Jak na Dzikim Zachodzie. Wanted – i każdy może sobie postrzelać. I zgarnąć nagrodę.

Te same historie mieliśmy na naszej stronie. Najpierw prawny atak na Interię, aby usunęła zdjęcia. Interia przestraszyła się doskonale opłacanych prawników Faktu. Potem w komentarzach typowanie autorów bloga. Bartek Szambelan – bo pokłócił się z redakcją Faktu, kiedy jeden z redaktorów postanowił wepchnąć do Poznania swoją kochankę. Wojtek Wardejn – bo napisał książkę o Fakcie. Grzesiek Dudziński – bo jako pierwszy pozwał Fakt o mobbing. Takie strzały na oślep.

Były ataki hakerskie na nasze prywatne maile, na stronę. Wiemy, że ASP zatrudnił informatyków spoza firmy, aby wykryli i zniszczyli autorów piszących i komentujących na naszej stronie. Tak właśnie działają korporacje medialne.

Prawnie niewiele nam mogą zarzucić, podobnie TVN Pawłowi Znykowi. Pechowy art. o krytyce prasowej! Podlega jej każdy Kowalski w naszym kraju, każdy prokurator, urzędnik, polityk. W imię zasady: prawdziwa cnota krytyk się nie noi. A jednak koncerny się boją. Dlaczego? Czyżby nie były aż tak cnotliwe?

Fakt ma w swojej historii „sprawę słupów”. Tego dowiedzieliśmy się z kolejnego maila. Pewna pani napisała, że kilka lat temu „robiła za faktowego słupa”. Członek jej rodziny pracował w redakcji. Ponosił koszty swojej działalności – paliwo, telefony itd. Te wszystkie kwoty były zsumowane i wypłacane autorce maila w formie umowy o dzieło. Jakie dzieło? Artykuły prasowe!!!

Autorka maila poszła na wszelki wypadek do Państwowej Inspekcji Pracy. Tamtejszy prawnik złapał się za głowę. Skwitował, że pani musi jak najszybciej zgłosić całą sprawę prokuratorowi, bo sama będzie odpowiadała za współudział. Nie zgłosiła, bo nie chce być ciągana po sądach. I mic się nie dzieje. My na stronie gromadzimy to i kiedyś pewnie zrobimy użytek z tego materiału w sensie prawnym.

Powyższa historia to kolejny przykład na poparcie tezy o poczuciu wszechwładzy i bezkarności naszych koncernów medialnych. Kowalski za taki numer dostałby potężny domiar, koncern śpi spokojnie. Znamienne, że inspetor PIP nie wszczął od razu postępowania, tylko odesłał panią do prokuratury…

Dzisiejsza samowolka mediów to spadek po komunie. Starsi pamiętają – przed 1989 prasie z zasady się nie wierzyło. Na ścianach domów w całej Polsce pojawiały się zamalowywane napisy „prasa kłamie”. W tym czasie funkcjonowała alternatywa prasy reżimowej – prasa podziemna. Ludzie ideowi, pracujący za „dziękuję”, wierzący w misję dziennikarską… Bibułe czytało się, jak Biblię. Skoro podziemne – musiało być prawdziwe. Odbiorcy spragnieni byli prawdy i zakładali, że ją dostają w postaci kartki z powielacza.

Zwycięstwo i wolność. I na polski ryneczek wkraczają wielkie koncerny medialne. One nie walczyły o wolność, o swobodę słowa. Doskonale jednak wchodzą w gotową zbroję rycerza słowa. I te koncerny produkujące prasę poważną, i wydawcy bulwarówek.

Korzystają z bonusa, na jakiego nikt na świecie liczyć nie może – zgagi po komunie. Sądy w Polsce rzadko orzekają przeciwko dziennikarzom – bo przecież byłaby to ponownie cenzura!

Stąd całkowita bezkarność mediów, bo zawsze można zasłonić się „wolnością słowa”. To przyklepie pan sędzia, który za komuny też orzekał, ale nie chciałby, aby ktokolwiek o tym pamiętał. Każdy sędzia w Polsce ma w tyle głowy myśl, że w przypadku skazania dziennikarza czy redakcji zyska etykietkę „walczący z wolnością prasy”. Nieuprawnioną etykietkę, aczkolwiek o tym nikt nie będzie dyskutował.

Koncerny medialne są zatem bezkarne. Otulają się w cudze sztandary „walki o wolną prasę” i żądają profitów. Walka o ideały jest im obca, dlatego nie rozumieją ludzi, którzy bez żadnych pieniędzy chcą takie koncerny atakować.  Dlaczego atakują? Dlaczego nie przyjmują łapówek za odstąpienie od tych ataków? Głupi po prostu…

Bezkarne pod względem sądowym koncerny medialne wpadły w pułapkę jednowładztwa i absolutyzmu. Już nawet nie IV władza – to cappo di tutti capi, szef Boga (jak się nazwał jeden z komentatorów). Kto śmie krytykować boskość? Naszą nieomylność?

Tak to dzisiaj wygląda. Film, o którym wspominałem, jest pod adresem:

http://www.youtube.com/watch?v=Boypjplnn-U&feature=youtube_gdata

Zobaczcie i sami oceńcie. Nie potwierdzam i nie zaprzeczam, że autorem jest dr Paweł Znyk. Z powodów opisanych wyżej.

Dawid

Styczeń 06 2010

Walczyliśmy o innych, tylko nie o siebie

Taggi : , , , ,

lapkaNie znam nauczyciela, który siedem lat uczy w szkole na umowę o dzieło, bez urlopu, bez ubezpieczenia emerytalnego i zdrowotnego, bez możliwości zaciągnięcia kredytu. Bez perspektyw.

Nie znam też urzędnika, który podpisał umowę na pół etatu, a  przez następne trzynaście lat, pracuje na półtora. Praktycznie w każdą  niedzielę.

Ani policjanta, który dyżuruje przez cały weekend – (od 7 do 22 ) za 80 zł brutto.

Za to znam wielu dziennikarzy, którzy tak właśnie pracują. I takie śmieszne  „pieniądze” zarabiają za swoją ciężką pracę. A jeszcze słyszą od wydawców, że powinni się cieszyć, że w ogóle mają pracę.  Bo jest kryzys w branży.

Daliśmy sobie to wmówić i zamiast powalczyć o swoje interesy, siedzieliśmy cicho. Co tam interesy, o elementarne prawa, które należą się nam jak chłopu ziemia.

Wydawcy testowali naszą wytrzymałość, a my „buntowaliśmy” się w ten sposób, że od czasu do czasu spotkaliśmy się przy piwie i ponarzekaliśmy na skrzeczącą  rzeczywistość.

Po czym rozchodziliśmy się do domów, nie robiąc  kompletnie nic.

A walczyć – i to bardzo skutecznie -  potrafiliśmy tylko o prawa i interesy innych. Pojedynczych osób i całych grup zawodowych.

Twierdzę, że nie ma oprócz nas, dziennikarzy,  drugiej grupy zawodowej w Polsce, która by tak wiele zrobiła dla innych, dla siebie nie robiąc nic.

Jestem pewien, że bardzo wielu dziennikarzy, szczególnie regionalnych,  podpisze się pod tym, co napisałem.

Tylko, z jednym warunkiem:  czas przeszły poprawię na teraźniejszy,   bo  oni wciąż tkwią w bezwładzie i nie robią nic, żeby odmienić swój parszywy los.

I wciąż muszą wierzyć w androny o kryzysie w branży, który nie pozwala dać etatów, ani uczciwie zapłacić za wykonaną robotę.

Choć ten sam kryzys nie przeszkadza wydawcom wydawać gigantycznych pieniędzy na konkursy, loterie, no i  superpensje oraz  limuzyny dla swoich  dworzan.

Ja mogłem  napisać to  w czasie przeszłym, bo z wraz  z kilkunastoma  redakcyjnymi kolegami,  przestaliśmy „buntować” się przy piwie.

Założyliśmy związek zawodowy i twardo (jest nas już przeszło trzydziestu), ale legalnie, zgodnie z prawem,  walczymy o swoje.

I wywalczymy, bo Polska nie jest republiką bananową,  tylko państwem prawa. I prawa pracy też trzeba w nim przestrzegać…

Jestem pewien, że prędzej  czy później takie związki jak nasz,  powstaną w każdej redakcji i ich dziennikarze skutecznie  powalczą o swoje. Lepiej, żeby stało się to prędzej…

Wojciech Malicki

Dziennikarz rzeszowskich NOWIN. W zawodzie od przeszło 18 lat.

Od 2009 współzałożyciel i przewodniczący Związku Zawodowego Dziennikarzy Mediów Regionalnych

Oto przykład realnego działania:

16 grudnia 2009 – wysłaliśmy do Zarządu firmy ostateczne pismo wzywające pracodawcę do przestrzegania prawa pracy. Kolejne pismo zostanie skierowane do Państwowej Inspekcji Pracy i Prokuratury. Oto treść:

Sz.Pani
Joanna Pilcicka
Prezes Zarządu Media Regionalne Sp. z o.o.

Sz.Pan
Roman Czarnuch
Wiceprezes Zarządu Media Regionalne Sp. z o.o.

Długo, bo od 1,5 miesiąca czekaliśmy na efekty Państwa zapewnienia o zobowiązaniu Dyrektora Oddziału do ponownej weryfikacji zatrudnienia pod kątem potrzeb. Nie doczekaliśmy żadnych, poza zapowiedzią… nie przedłużenia umowy z naszą Koleżanką red. Anetą Jamroży. Dlatego w odniesieniu do Państwa pism z dnia 27 października i 2 listopada, stwierdzamy, że:

1. Nieprawdziwe jest Państwa stwierdzenie, że faktyczny wymiar etatów odpowiada jej potrzebom organizacyjnym. Fakty są takie: dziennikarze są zatrudnieni na częściach etatów lub na umowie o dzieło, a w rzeczywistości wykonują pracę w pełnym wymiarze godzin – co jest niezgodne z prawem i na to się nie godzimy.

2. Państwa stwierdzenie, że zadania powierzone pracownikowi odpowiadają wymiarowi etatu, na jaki jest on zatrudniony, z uwzględnieniem norm czasu pracy, świadczy, że kompletnie nie znacie Państwo realiów pracy w naszej redakcji. Albo nie chce ich znać, dlatego firmujecie swoimi nazwiskami fikcję!

3. Nie będziemy dalej tolerować niezgodnej z prawem praktyki, że nowy dziennikarz jest zatrudniany najpierw na umowę o dzieło (ryczałt), a dopiero po długim czasie (często po latach – albo w ogóle) na 1/2 etatu, 3/4 etatu itd. choć w rzeczywistości od początku zatrudnienia wykonuje pracę w pełnym wymiarze godzin. Powtarzamy, jest to patologia, która w naszej Firmie stała się normą.

Proceder, nie do pomyślenia w przypadku innych grup zawodowych: nie znamy bowiem przypadku, żeby urzędnik, nauczyciel, żołnierz, albo księgowa był zatrudniany na części etatu, a musiał pracować na cały etat. Nawet w wielkich sieciach handlowych wyeliminowano już ten proceder. W czym duża zasługa… dziennikarzy. Najwyższy czas, aby dziennikarze zadbali także o swoje prawa!

4. Zadaniowy czas pracy – na który się Państwo powołujecie – zgodnie z obowiązującym w Polsce prawem pracy – nie oznacza, że pracownik zatrudniony na pół etatu ma pracować w pełnym wymiarze godzin, często przez siedem w dniu w tygodniu, także w godzinach nocnych. A tak właśnie pracują nasi dziennikarze zatrudnieni w niepełnym wymiarze godzin.
Przypominamy, że tzw. zadaniowy czas pracy to nie jest usankcjonowana prawem metoda wyzysku pracownika przez pracodawcę.

5. Szczytem lekceważenie przez Państwa prawa pracy jest stwierdzenie, że “dziennikarze zatrudnieni w niepełnym wymiarze czasu często są zainteresowani zwiększeniem swojego wynagrodzenia poprzez uzyskanie dodatkowej wierszówki” Bo jeśli pracownik pracuje w pełnym wymiarze godzin, a pracodawca nie tylko na to się godzi, ale tego od niego wymaga, powinien zatrudnić go w pełnym wymiarze godzin. Tak stanowi polskie prawo.

A idąc tokiem Państwa myślenia, można dojść do absurdalnego wniosku, że wszyscy dziennikarze mogą być zatrudnieni na 1/2 etatu – bo wtedy … każdy z nich będzie “zainteresowany” zwiększeniem swojego wynagrodzenia poprzez uzyskanie dodatkowej wierszówki.

6. Zarzucacie nam Państwo, że działamy na szkodę organizacji i Pracowników, powołując się na słabnącą kondycję mediów oraz kryzys. To nieprawda. My domagamy się wyłącznie przestrzegania prawa pracy.

Przypominamy również, że w ostatnich 2-3 latach mieliśmy w kraju olbrzymi wzrost gospodarczy, który skutkował bardzo znaczącym wzrostem płac dla zdecydowanej większości grup zawodowych. Ale nie w naszej redakcji, gdzie dziennikarze pracują coraz więcej, więcej i więcej, za te same, marne pieniądze.

Kryzys, nie pozwala Wam zwiększyć etatów dziennikarzom, rzeczywistym twórcom treści gazety, którzy decydują o jej atrakcyjności, a w konsekwencji o poziomie sprzedaży i wynikach finansowych.

Za to ten sam kryzys pozwala Wam wydawać setki tysięcy złotych na kolejne loterie, coraz to droższe nagrody – co skutkuje wyłącznie sztucznym podbijaniem nakładu (Czytelnicy kupują kupon konkursowy, a nie zawartość gazety).

Nie naszą kompetencją jest zarządzenie firmą, ale uważamy, że jest to droga donikąd. Poszło nią wiele gazet (m.in. Czas Krakowski. Echo Krakowa), które wydawały wielkie pieniądze na nagrody, a cięły koszty na dziennikarzach. W efekcie dzisiaj już nie istnieją!

7. Mimo zobowiązania Dyrektora Oddziału Rzeszowskiego do ponownej weryfikacji zatrudnienia, przez 1,5 miesiąca nie doczekaliśmy się tego żadnych efektów. Aby ułatwić mu zadanie przesyłamy Państwu podania dziennikarzy, którzy indywidualnie dowodzą, że należą się im pełne etaty, bo w rzeczywistości od pracują na w pełnym wymiarze godzin.

To jest nasze ostatnie pismo w sprawie łamania prawa pracy. Kolejnych nie będzie, bo tak moglibyśmy korespondować w nieskończoność.

A to bez sensu, bo my jesteśmy Związkiem Zawodowym, a nie producentem makulatury. Dlatego tak, jak uprzedzaliśmy – w najbliższych dniach o wszelkich nieprawidłowościach zawiadamiamy Państwową Inspekcję Pracy i miejscową prokuraturę.

Sama kontrola w GC NOWINY, która dotąd sama słynęła z walki o prawa ( w tym także prawa pracownicze) innych grup zawodowych, fatalnie wpłynie na reputację i poważnie nadszarpnie jej wizerunek.

To Wy poniesiecie za to pełną odpowiedzialność, bo my powtarzamy, że:

Nie domagamy się podwyżek, przywilejów socjalnych, ani bonusów. Chcemy tylko, aby prawo pracy było przestrzegane. Chcemy tylko, żeby było normalnie!

Bo żyjemy i pracujemy w państwie prawa, a nie w republice bananowej.

Wojciech Malicki – przewodniczący
Małgorzata Froń – wiceprzewodnicząca

Styczeń 03 2010

Z nazwiskiem brzmi ładniej?

Taggi : , , , , , , ,

brukW noworocznym numerze „Pressa” doczekaliśmy się sążnistej recenzji naszego bloga autorstwa Mariusza Kowalczyka. Ileż tam jest zarzutów! Nic, tylko pokajać się i zarzucić pisanie! Autor zgrabnie klei swoje pudełeczko pod nazwą „blog zemsty” i do tego pudełka wrzuca kolejne tezy, które mają potwierdzić wcześniejsze założenie.

Oprawa pudełeczka: Brukowiec Story jest blogiem zemsty, bo Dawid przez wiele lat był pracownikiem Faktu. Teraz stracił pracę w gazecie i mści się, strzelając zza węgła, na dodatek anonimowo. Hola, Panie Marcinie! Nigdy nie napisałem, że przez wiele lat byłem pracownikiem Faktu – podałem, że byłem przez wiele lat związany z redakcją. To dwie różne sytuacje, niekoniecznie tożsame. Nigdy też nie wspominałem o tym, że ktokolwiek miałby mnie zwalniać. Może najpierw musiałbym być zatrudniony?

Bez tych założeń cała misterna siatka przyczyn i skutków zaczyna się jakby z lekka rwać. Redaktor Kowalczyk zrecenzował naszego bloga na zasadzie tabloidu – tu czarne, tu białe. Tak w życiu bywa niezmiernie rzadko. Tylko w brukowcach nie ma półcieni, wszystko jest jasne, proste i oczywiste. W rzeczywistych brukowcach, nie w Brukowcu Story.

Zastanawia wybór pewnych fragmentów. W mailowym wywiadzie faktycznie napisałem, że rozumiem gorycz w wypowiedziach byłych pracowników Faktu, których wykorzystano i wyrzucono na śmietnik. Była to odpowiedź na pytanie Red. Kowalczyka, dlaczego w komentarzach na blogu jest tyle agresji. Była też druga część mojej wypowiedzi – że w agresji i opluwaniu innych internautów prym wiodą tzw obrońcy Faktu (czytaj: osoby związane z kierownictwem redakcji). Ta część wypowiedzi już do pudełka nie pasowała?

Na blogu nigdy nie pisałem o „lizankach, macankach”, o tym, kto kiedy przed kim rozkładał nogi. Takie wypowiedzi pojawiały się w pojedyńczych komentarzach internautów do knkretnych odcinków bloga. Z art. M. Kowalczyka wynika tymczasem niezbicie, że cały blog to tylko takie wspominki…

I wreszcie zarzut podstawowy – Dawid pisze anonimowo i dlatego jest niewiarygodny, nierzetelny i godny potępienia. Pan, red. Kowalczyk, pisze pod nazwiskiem, a już na pierwszy rzut oka dokonał Pan kilku manipulacji dla poparcia stawianych tez. I to jest w porządku?

Cóż Pan robi z kolegą z bloga Antypresse? Zakłada Pan, że podane przez Pana nazwisko autora jest prawdziwe. Tomasz Szymborski – bo tak plotka w środowisku głosi. I co dalej z tym fantem zrobić? Trzeba przypiąć mu łatkę, że próbował szantażem załatwić sobie etat w „Dzienniku Zachodnim”. Jak mu to nie wyszło, założył kolejnego „bloga zemsty”.

Mało istotne, czy na swoim blogu pisze on prawdę, czy nie. Czy podnosi ważne problemy, czy pisze o głupstwach. Po co ścierać się na argumenty, dyskutować merytorycznie. Lepiej przykleić łatkę szantażysty i znowu wszyscy mogą się czuć lepiej. Bo ten anonimowy bloger dał się złapać na tym, że ma krzywe nogi albo garbaty nos. Skoro trudniej było nam poradzić sobie z blogerem w dyskusjach ad rem, łatwiej pójdzie ad personam.

Wielu znanych dyskutantów promuje tezę, że pisanie pod własnym nazwiskiem jest bardziej odważne, bardziej wzniosłe. Zacznijmy od kwestii, że wiele tych nazwisk powstało tylko i wyłącznie na użytek pisania. Nawet wielkie powieści pana Aleksandra Głowackiego powstawały pod pseudonimem Bolesław Prus. Krzysztof Kamil Baczyński publikował swoje wiersze jako Jan Bugaj. Młody Karol Wojtyła w „Tygodniku Powszechnym” i „Znaku” przedstawiał się jako Andrzej Jawień, od 1961 – Stanisław Andrzej Gruda. Maria Gariela Korwin-Piotrowska używałą nicka (jak dzisiaj napisalibyśmy) Gabriela Zapolska!

Poczet anonimów jest wielki i trudno ich wszystkich wepchnąć do jednego pudełka. I nikt nie próbuje, bo oni swoją anonimowość przekuli na rzeczywistą wartość. Niżej podpisanemu nie chodzi bynajmniej o tak daleko idące porównania, mam w sobie zbyt wiele pokory wobec Słowa. Chodzi o pokazanie niekonsekwencji w podejściu do anonimowego pisania.

Dla mnie osobiście tworzenie bloga pod nickiem jest prawdziwą próbą pisania odpowiedzialnego. Przecież nikt nie zna mojego nazwiska, mogę tu napisać w zasadzie wszystko. Że ten ma taką kochankę, tamten to typ spod ciemnej gwiazdy, a ta to… itd. Blog jest poza granicami Polski, a zatem hulaj dusza! Nawet, jeżeli ktoś będzie się czegokolwiek domyślał, to w życiu żadnych dowodów na to nie zdobędzie.

A jednak nie uciekam w błoto. Nie robię tego, bo tak w realu, jak i w wirtualu nigdy nikogo błotem nie obrzucałem. Tu na blogu udawadniam, że teza o „blogu zemsty” to piramidalna bzdura.

I może to właśnie jest najgorsze. Skoro ten blog ma tak wielką popularność, to trzeba go wepchnąć do pudełka z odpowiednią etykietką.

Nikt nie zna moich kochanek czy skłonności seksualnych, trudno zatem znaleźć realnego haka. Tym hakiem muszą być zatem zamienniki w postaci zarzutu anonimowości i rzekomych powodów działania. Cóż innego pozostaje? Jeżeli nie wrzucić do pudełeczka, to może przyznać rację? A w życiu! Przecież poszłoby to na konto anonima, a nie na konkretne, znane nazwisko!

Już krótka historia tego bloga udawadnia, że ludzie dzielą się na tych, którzy nawet anonimowo potrafią trzymać klasę i na tych innych. Olbrzymią zaletą anonimowego bloga jest to, że potrafi wyciągnąć na wierzch prawdę o człowieku. Tu nie trzeba się zgrywać i udawać kogoś innego. Może właśnie dlatego taki blog stanowi zagrożenie dla zdefiniowanych publicystów. Ktoś (nie wiadomo kto) pisze coś, co oni sami woleliby wpisać dla chwały własnego nazwiska! Takie marnotrawstwo!

Jeszcze większym zagrożeniem takie blogi są dla wydawców. Potężny koncern medialny bywa krytykowany przez publicystów podpisujących się imieniem i nazwiskiem. Przeciwnik jest jasno określony, obliczalny. Blog to w zasadzie atak partyzancki. Nic do końca nie jest pewne, wydawca musi się pilnować na każdym kroku.

Musi zacząć dbać o prawa pracownicze, musi powstrzymywać język, przemyśleć każdą decyzję. Bo nagle partyzanci mogą coś napisać, albo nie daj Boże, założyć związki zawodowe! I wtedy dopiero byłby problem! Wyrobnicy Słowa i Obrazu nagle zaczęliby stawiać jakieś żądania! A to byłby koniec świata – i początek normalności.

Dawid

Grudzień 31 2009

Tego życzymy Wydawcom…

Taggi : , , , , ,

sylwester2010Z okazji zbliżającego się Roku 2010 życzymy nam wszystkim szacunku do siebie nawzajem, do swojej pracy, do swoich czytelników. Niech ten rok będzie lepszy od poprzedniego. Niech nam wszystkim przyniesie mnóstwo powodów do zadowolenia – z siebie, z działań zwierzchników, ze zmieniającej się na normalniejszą sytuacji dziennikarzy w Polsce. Dla Wydawców mamy prezent specjalny, nadesłany przez “55”. Dla Wydawców to prezent, dla nas – jedyna szansa…

Dawid i przyjaciele

Jak się bronić wobec wykorzystywania wydawców?
Wystarczy spojrzeć na wzorce z zachodu: jedyna sensowa odpowiedź, to związki zawodowe.
Owszem, wobec trudnej sytuacji wydawniczej tamci dziennikarze i fotografowie także dostają bęcki, ale mimo wszystko wydawcy liczą się z ich siłą. Choć w Polce trudno w to uwierzyć, są europejskie kraje, gdzie stawki za artykuły czy zdjęcia są godziwe, poniżej pewnego minimum zejść nie można.
Dlaczego zatem u nas nie jest o możliwe? Cóż, płacimy za historię i za skutki transformacji. Wielu młodym, prężnym, młodym gniewnym, a to jest siła robocza wielu redakcji, związki wydają się jakimś komunistycznym reliktem…
Tak jednak nie musi być.
Trzeba tylko kilku kwestii pilnować. Ważne jest aby związku nie założył jakiś cwany leser, bo zapłacą za to wszyscy. Związek nie ma służyć do tego, by się dekować od roboty, tylko by nie pozwalać krzywdzić pracowników.
W Fakcie nikt o związkach nie pomyślał. A szkoda.

Koleżanki i koledzy z Axla – gorąco was namawiam, razem możecie być silniejsi. Pomyślcie, czy nie warto założyć związku u siebie.
Pomyślcie o swoich prawach, swoich pieniądzach, emeryturach, których się Was pozbawia zatrudniając na ryczałtach. Obcina się wam wierszówki. Z silnym związkiem możecie więcej.

Jednak nie dajcie się cwaniakom wpuścić w maliny. Przykład cwaniactwa w związkach to historia starego superexpressu. Związki były dwa:
Pierwszy chyba OPZZ albo cos takiego. Założony przez Mirę Suchodolską w Katowicach.
Mira Suchodolska, kobieta z charakteru ostra i nieustępliwa, na szefową związków nadawała się świetnie. Związek jednak nienazwiązkował za dużo. W zasadzie po założeniu było o nim cicho, a potem Suchodolska dostała desant do Warszawki i wynajęte na koszt redakcji duże służbowe mieszkanie. Sprowadziła się tu wraz z rodziną, synem i partnerem fotografem Mirkiem Noworytą, który także dostał zatrudnienie w Warszawie. Suchodolska była reporterką Weekendu, piątkowego magazynu superaka, a potem zajmowała stanowiska redaktorskie i chyba nawet z czasem została kierowniczką czegoś tam.
Prawda, że ślicznie?
Drugi związek Solidarność, zakładał wspomniany już na tym blogu niejaki Dariusz Rostkowski. Dokooptował sobie śp. Bogdana Maciejewskiego i żonę Jacka Kuronia, Danutę Kuroń, która była redaktorką Weekendu. Kuroniowa była tutaj figurą mityczno-symboliczną, ale wszystko organizował Rostkowski. Przychodził do nas do krajowego i do warszawskiego i namawiał, ogłoszenia wieszał…
Gdy związek wystartował, z czasem założyciele stali się nietykalni, o związku zrobiło się cicho. Rostkowski miał miłą pensję i od czasu do czasu mógł zabumelować, (robił to potem nawet jako szef warszawskiego) z tego był znany, Maciejewski miał parasol do swojej emerytury, co było priorytetem, Kuroniowa czuła się przyzwoicie, i taki to był związek. Niedługo potem ona zresztą odeszła gdzie indziej.
Potem już nikt nie próbował, a luzie uwierzyli, że są od tego, by być trzymanymi za mordę.
Tak jednak nie jest.
Pierwsze co możemy zrobić, dla naszego wspólnego dobra, niezależnie gdzie pracujemy, to popracować nad mentalną zmianą dotyczącą myślenia o związkach. Dobrze byłoby zatem sięgnąć do przykładów z zachodu, nieskażonych komuną.
Możemy podawać takie wzorce, rozmowy, wywiady…
Jeśli ludzie z faka uwierzą, że mogą założyć sensowny związek i zrobią to, wówczas będzie w redakcji/wydawnictwie siła zdolna przemocy postawić kontrę.

Drugą rzecz, którą warto zrobić, to opublikować w zakładce przepisy pracownicze i adresy, gdzie zgłaszać mobbing, przemoc, molestowanie, jakie są przepisy, co może PIP – dac taki poradnik.
Pozdrawiam, uczy do góry, będzie dobrze!

Grudzień 21 2009

Za etykę pod sąd!

Taggi : , , , , ,

O sprawie senatora PO Krzysztofa Piesiewicza padło już wiele słów, tych mądrych i tych trochę mniej. Nawet w komentarzach blogowych ta afera nie przeszła bez echa. Nie chciałem dokładać swoich trzech groszy, kiedy o tym trąbią wszędzie i każdy z komentatorów ma odrobinę racji. A nawet, gdy racji brakuje, pozostaje przekonanie o jej istnieniu.

Jednak nie można spokojnie przejść obok dwóch stanowisk w tej sprawie. Dwóch faktów (za przeproszeniem) okołomedialnych. W piątkowym oświadczeniu Rada Etyki Mediów zaatakowała „Super Express”, który w jej ocenie stał się wspólnikiem szantażystów. Według REM redakcja przyjęła materiały, których miejsce jest w prokuraturze. Dała w ten sposób przyzwolenie na uprawianie takiego procederu przez inne media.

REM zauważa jednocześnie, że „niezbywalnym zadaniem mediów jest kontrolowanie władzy oraz informowanie o postępowaniu osób publicznych, zwłaszcza gdy to postępowanie budzi sprzeciw. Niezależnie od wagi podejrzeń, nawet faktów, trzeba je przekazywać tak, żeby nie naruszać godności człowieka. Inaczej ważny przekaz staje się niezdrową sensacją, tracąc na wiarygodności i nie służy dobru odbiorcy, czym powinny się kierować media”.

Co na to Redaktor Naczelny „Super Expressu”, Sławomir Jastrzębowski? Żąda natychmiastowych przeprosin od Rady! Grozi oddaniem sprawy do sądu! Żyjemy w bardzo ciekawych czasach…

Zestawienie tych dwóch stanowisk trąci z lekka kabaretem, groteską. Jednak nie śmieszy, a tego wymaga się od porządnego kabaretu. Nasuwa się tutaj pewne porównanie. Kilka lat temu wszystkie media śledziły proces bandyty, który zabił i zgwałcił 18-latkę wracającą z dyskoteki. Matka ofiary w wywiadzie telewizyjnym nazwała mordercę „zwierzęciem”. A on potem pozwał za to kobietę do sądu. Media suchej nitki nie zostawiły na tak bezczelnym bandycie. Nie dość, że nie wykazał skruchy, to jeszcze śmie gryźć?! Tu mamy do czynienia z identyczną sytuacją, a głosów protestu jakby mniej.

Teraz coś z historii Superaka. Wiele lat temu, jeszcze za czasów Grzegorza Lindenberga, z „Super Expressem” skontaktowali się dwaj smarkacze. Przedstawili rewelacje – podobno znany i ceniony biskup zabawia się z chłopcami w zaciszu plebanii. Oni mogą to udowodnić, mają nagrany film video. Chcieli wcześniej sprzedać ten film biskupowi w zamian za milczenie. Skoro ten wygonił ich z kościoła, przyszli do redakcji. Oczywiście też chcieli kasę.

Reakcja tamtego „Super Expressu” była jednoznaczna. „Spadać na drzewo z czymś takim!” Dlaczego? Bo z szantażystami porządni ludzie nie rozmawiają …

Dawny „Super Express” i obecny dzieli przepaść. To dwie różne redakcje, dwa różne światy. Zauważa to twórca Superaka, Grzegorz Lindenberg (wywiad dla „Polityki” z dn. 11.12.2009): „Próbowałem zrobić gazetę dla mniej wykształconej publiczności – między prasą poważną a popularną i z dużym przymrużeniem oka.

Tabloid to jest co innego. Nie donosi o tym, co się wydarzyło, ale o tym, co wykreują redaktorzy. Nie ma znaczenia, czy coś się w ogóle wydarzyło, jak słynny wieloryb, który płynął Wisłą w „Fakcie”. Powiem więcej, dzięki temu, że „Super Express” był, jaki był, to tabloidyzację udało się w Polsce przesunąć o kilkanaście lat. Szwajcarski koncern Ringer, który wydaje tabloid „Blick”, wszedł do Czech, na Węgry, a do Polski nie – i to właśnie dlatego, że był tu „Super Express”, gazeta innego typu, choć adresowana do tej samej publiczności.

Do chwili powstania „Faktu” udawało się uniknąć tabloidyzacji. Dlatego nie mam poczucia, że straciłem czas. Jestem zadowolony, że tak długo udawało się robić przyzwoitą gazetę dla ludzi słabiej wykształconych; nie karmić ich ohydną sieczką. Takie coś, jak dzisiejszy „Super Express” czy „Fakt”, to każdy potrafi robić. Mówiąc brutalnie: znacznie trudniej jest ugotować obiad, niż go wyrzygać. Ja starałem się gotować, a mam wrażenie, że to, co dostajemy dzisiaj, to są rzygi. Inna rzecz, że publiczność to kupuje. Przede wszystkim jest coraz więcej ludzi, którzy są gotowi w tego typu mediach pracować i kłaść innym do głowy bzdury; ludzi wykształconych i inteligentnych.”

Do ludzi wykształconych i inteligentnych należy także obecny szef Superaka. Może zamiast tracić czas (i twarz) w sądowych bojach z Radą Etyki Mediów lepiej sięgnąć po tzw. Testament Prezesa Lindenberga? Tam w jasnych, prostych słowach można znaleźć odpowiedź na pytanie, czy bulwarówka może być prawdziwą gazetą. Może – o ile trzyma się zasad dziennikarskich, a nie tylko bilansu zysków i strat.

Dawid

Grudzień 20 2009

Zróbmy ranking oszustów

Taggi : , , , , , , , , ,

Zróbmy ranking oszustów!padalec roku

Część z Was już odwiedziła naszą nową zakładkę PADALEC ROKU. Tych, którzy jeszcze tego nie zrobili, zapraszam. Chcemy z Waszą pomocą stworzyć ranking oszustów medialnych.

Tych wydawców, redaktorów, którzy oszukują dziennikarzy, kiedy płacą grosze (lub wcale nie płacą) za wykonaną (a wcześniej zamówioną) pracę.

Oszukują nas i Odbiorców, jeżeli bez konsultacji z autorem ingerują w nadesłany do redakcji materiał prasowy. Pokażmy liderów takich zagrań, niech nie kryją się w wygodnych fotelach za redakcyjnym biurkiem! Swoje typowania przesyłajcie na antyfakt@gmail.com W tytule koniecznie RANKING

Pierwsze typowania już nadeszły. Stopniowo I konsekwentnie będziemy publikować nazwiska liderów poszczególnych konkurencji, nazwy redakcji. Ktoś pięknie podsumował to w komentarzach “Może komuś zrobi się normalnie po ludzku wstyd I zacznie się zachowywać normalnie po ludzku”. To zdanie oddaje cały sens funkcjonowania naszego rankingu. I odnośnik do kolejnego komentarza, tym razem o publicznym zgłoszeniu do Państwowej Inspekcji Pracy. Jeżeli ten urząd sam z siebie nie zainteresuje się wynikami rankingu I innymi fragmentami bloga – zwrócimu mu na to uwagę…

Jednocześnie chcemy też zabezpieczyć potencjalnych liderów rankingu przed niesłusznym atakiem. Wpiszemy w wynikach nazwisko lidera czy nazwę redakcji dopiero, kiedy na adres antyfakt@gmail.com przyjdą trzy zgłoszenia z trzech różnych adresów mailowych. Chcemy w ten sposób ograniczyć przypadkowość ataku czy małą, prywatną zemstę kogokolwiek. Nie jest to oczywiście zabezpieczenie 100-procentowe. Zawsze można założyć trzy skrzynki mailowe. Myślę jednak, że ilość głosów oddanych po publikacji na konkretne nazwisko czy redakcję skutecznie zweryfikuje prawdziwość twierdzeń zgłaszającego.

Ranking prowadzimy w VI kategoriach (patrz poniżej). Niechlubni zwycięzcy (ci, którzy zbiorą najwięcej głosów) zyskają zaszczytny tytuł PADALCA ROKU. Dostaną od nas oficjalny dokument, który można będzie wydrukować I powiesić nad biurkiem. Głosujcie na swoich “faworytów”!!!

Kategorie rankingu na PADALCA ROKU:

1. Nie zapłacił (-a) po zamówionym i wykonanym materiale prasowym:

(imię i nazwisko redaktora, tytuł prasowy)

2. Zapłacił (-a) mniej po zamówionym i wykonanym materiale prasowym:

(imię i nazwisko redaktora, tytuł prasowy)

3. Zmienił (-a) mój materiał prasowy bez konsultacji:

(imię i nazwisko redaktora, tytuł prasowy)

4. Ten tytuł nie zapłacił za publikację moich materiałów prasowych:

(nazwa redakcji)

5. Ten tytuł zapłacił po długim czasie za publikację moich materiałów prasowych:

(nazwa redakcji)

6. Tu płacą najmniej:

(nazwa redakcji, za co, kwota)

Czekamy na kolejne zgłoszenia. Nam wszystkim możemy życzyć jednego – oby kiedyś nastał czas, że zabraknie kandydatów do takiego tytułu… Przepraszam, rozmarzyłem się.

Dawid

dziennik fakt

Walka Dawida z Goliatem...

Utwór prześmiewczo-dożynkowy

Historia pewnej prowokacji...

dziennik fakt dziennik fakt dziennik fakt dziennik fakt dziennik fakt dziennik fakt

Cały tekst możecie przeczytać: w tym wpisie

Muzyczna wersja Historii pewnej prowokacji: TUTAJ
Zagraj sam Historię pewnej prowokacji - słowa i chwyty gitarowe TUTAJ

PADALEC ROKU – czyli oszukali przy honorarium

Ranking oszustów medialnych – szczegóły: TUTAJ